List młodej, sfrustrowanej lekarki
189
"Papier przyjmie wszystko
Wolałabym co prawda wysłać zabawną kontynuację "Pamiętników Młodej Lekarki", a nie ulewającą się czarę goryczy, ale jakoś to drugie lepiej wpasowuje się "przedwyborcze targowisko". Może warto spojrzeć na lekarzy od drugiej strony. Opisać, jak jest naprawdę i czym to grozi. Teraz jest najlepszy czas.
Przyszedł taki dzień, w którym jedynym wyjściem, jakie widzę, jest ta kartka papieru, na której piszę... Rozwiązanie jedyne, aczkolwiek krótkoterminowe. Napiszę. Odstresuję się na kilka chwil, a jutro będzie znów to samo.
Czemu? Proste, papier przyjmie wszystko, a więc moją żółć również. Czemu nie, skoro swoją żółć, niezadowolenie i poczucie beznadziei, wylewają na ulicach, na plakatach, w telewizji kierowcy, górnicy, pielęgniarki, rodziny chorych dzieci, samotne matki, to czy ja nie mogę chociaż na kartce papieru...
Też mam dość. Też chcę godnie żyć. Też jestem zmęczona. Też zastanawiam, czemu "na zachodzie" jest lepiej. Też nie mam pieniędzy na wakacje i tak dalej. Kim jestem? Jestem lekarzem. I tu jest problem. Lekarzom nie wolno strajkować, mówić głośno o zarobkach jest nieetycznie. Trzeba pokornie pracować. I to jest jeszcze większy problem.
Na co długie studia?
Czemu jest mi źle? Skończyłam sześcioletnie studia, odbyłam roczny staż, pracuję czwarty rok i... odbijam się od jednej skrajności do drugiej. Początkowo był zachwyt: nieograniczone możliwości dorobienia: rezydentura, jedna czwarta etatu w przychodni, dyżur w NPL, dyżur w szpitalu i jeszcze stacja krwiodawstwa. Obydwoje z mężem tak samo. Nie widzieliśmy się po cztery, czasem pięć dni w tygodniu. Jednak mieliśmy cel: odłożyć pieniądze na mieszkanie, samochód. Myśleliśmy "mało kto może tak dorobić". Wychodziło po dziesięć czasem jedenaście tysięcy złotych.
Zmęczenie początkowo było do zniesienia. W weekendy nadrabialiśmy "niewidzenie się". Tylko, że taka ilość pracy nie może nie dać się we znaki. Mąż coraz mniej spał. Sen miał czujny do granic możliwości. Zaczęły się spięcia. Przez pół roku takiej pracy przestaliśmy się znać. Przyszło opamiętanie, że trzeba zwolnić. Trzeba dać sobie odpocząć. Zmniejszyliśmy ilość pracy. Postanowiliśmy starać się o dziecko... Kolejny stres. Rok prób i nic. Strach, bezradność, tym większa, że wiedzieliśmy, co nas czeka. Jedna, druga wizyta, w końcu wylądowaliśmy u psychologa. Usłyszeliśmy: stres, przepracowanie. Tak jak państwo żyjecie, nie da się długo żyć. Co mieliśmy odpowiedzieć - że tak żyje większość lekarzy? Tu etat, tam pół, trzy godzinki USG, dyżurek jeden, drugi, potem do pogotowia.
Rozwiązanie... właśnie jestem w momencie, w którym
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 189 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.