Ppas na wakacjach część druga. Orvieto, katedra jako atrapa, lekarz jako atrapa samego siebie.
12
Orvieto, wymarzone Orvieto. Orvieto ze snów.
Gdy parę lat temu, młodszy o parę lat Ppas121 jechał autostradą A1 w stronę Neapolu, nie wiedząc prawie nic o Włoszech (dalej nic nie wiem, ale z tym już umrę), po minięciu ekstremalnie upierdliwego odcinka Bolonia-Florencja (jeszcze nie istniał na A1 Variante de Valico, który pozwala obecnie minąć Apeniny nie zauważywszy w ogóle, że przejeżdżamy przez jakieś, całkiem spore góry...), spoglądając popołudniową porą w prawo, ujrzał w pewnym momencie widok, który odebrał mu mowę. W świetle i cieniach popołudnia, brązowozłote miasto stało na wzgórzu jak zapowiedź owego magicznego włoskiego piękna, które opisywano setki razy. A teraz – tak, widać je naocznie. Ppas pojechał dalej, Neapol czekał. Potem na mapie i korzystając z dobrodziejstw Googla, stwierdził, że mijane wtedy miasto nazywa się Orvieto. A potem skojarzył, że to właśnie miasto opisuje Herbert w swym genialnym szkicu „Il Duomo”.
Orvieto składa się z czterech spraw. Z koloru, również przez Herberta wyłapanego (jak on to robił, jednym stwierdzeniem definiując całe połacie świata: ów róż Asyżu, owo brązowe złoto Orvieto, i to jest prawda, te tak naprawdę prawie identyczne ceglano-kamienne budynki i ulice całych Włoch mają jednak w różnych miastach różne kolory, one naprawdę w Asyżu są różowawe a w Orvieto brązowozłote). Druga sprawa Orvieto to lokalizacja na szczycie wzgórza wulkanicznego, co powoduje że widok na miasto z dołu (a więc np. z A1) potrafi być faktycznie mistyczny. Trzecia sprawa to miasto jako miasto. I czwarta sprawa, odrębna, to katedra.
Taki sobie gotycki (choć
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 12 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.