Statystyczny neurolog - wywiad z Wybiórczej
144
Statystyczny neurolog ma 49 lat i zaraz odejdzie na emeryturę. A starych ludzi z chorobami mózgu przybywa tysiącami
WYWIAD Agnieszka Kublik
20.07.2019
Jeżeli ważny urzędnik dostanie udaru w Szczecinie, to najbliższą neurologię ma w Gdańsku albo w Warszawie. Diagnoza, karetka, badania - w kluczowe sześć godzin nie zdąży - mówi prof. Jarosław Sławek, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.
Agnieszka Kublik: Panie profesorze, ile łóżek jest na pańskim oddziale?
Prof. Jarosław Sławek: 35.
Ilu lekarzy?
– 10.
O czym przeczytacie w nowym
CZYTAJ TAKŻE:
O czym przeczytacie w nowym "Dużym Formacie"? Już w poniedziałek jedyny taki magazyn reportażu
A ilu pan by chciał mieć?
– 15, 16. Wtedy mielibyśmy czas, żeby porozmawiać z pacjentem, zbadać go, zaplanować badania, leczenie, i żeby porozmawiać o tym z jego rodziną. 10 lekarzy to może się wydawać dużo...
...jeden na mniej niż czterech pacjentów.
– Ale codziennie dwie osoby mają dyżur, jedna na oddziale neurologicznym i udarowym, druga na oddziale ratunkowym. Codziennie ktoś schodzi do pracowni elektromiografii, EEG, do przychodni, realizuje programy lekowe, bo prowadzimy wszystkie programy lekowe w neurologii dla chorych ze stwardnieniem rozsianym, parkinsonem, chorobami rzadkimi, dystoniami, spastycznością. Plus konsultacje na wszystkich oddziałach w szpitalu, który ma 600 łóżek. Plus mnóstwo biurokracji jak w korporacjach. Wszystko robimy w biegu.
A pan marzy, by było jak w Szwecji, gdzie na pierwszą wizytę lekarz ma 60 minut, na drugą – 30.
– Ja na pierwszą mam ledwie kilkanaście minut.
Musimy obsadzić miesięcznie 60 lub 62 24-godzinne dyżury. I nie bardzo jest kim, bo się starzejemy.
Neurolog w Polsce ma przeciętnie 49 lat. I nie chce mieć po sześć, siedem dyżurów w miesiącu, woli zarabiać w sektorze prywatnym, gdzie to on ustala zasady.
A będzie jeszcze gorzej, bo bardzo wielu młodszych neurologów od razu po zakończeniu specjalizacji przenosi się do sektora prywatnego. Albo idą do przychodni, bo pensja tam i szpitalna są podobne, ale w przychodni nie ma dyżurów i można sobie dorobić, gdzie się chce i kiedy się chce.
Neurologia się prywatyzuje?
– Powoli doganiamy psychiatrów. Według ostatnich danych aż 75 proc. psychiatrów pracuje tylko w sektorze prywatnym. Konsekwencje już są, np. w dużym szpitalu psychiatrycznym w Gdańsku jest jeden lekarz na 100 chorych. Jak można dopilnować wszystkich, nie mówiąc już o obsłużeniu izby przyjęć? Fizycznie się nie da.
U pana, na Pomorzu, na 2,3 mln mieszkańców jest 200 neurologów.
– Licząc emerytów i lekarzy w trakcie specjalizacji. No i większość z nich pracuje poza szpitalami. Na Pomorzu mamy 11 oddziałów neurologicznych. W szpitalu w Chojnicach zamknięto neurologię, bo dwóch lekarzy przeszło do poradni i zawalił się cały system opieki na oddziale. W innych, np. w Kościerzynie, zmniejszono liczbę łóżek.
To się dzieje w całej Polsce. Oddziały funkcjonują tylko dzięki temu, że przychodzą ludzie z zewnątrz na dyżury. Taki lekarz wybiera sobie dni dyżurów, a my się dostosowujemy.
I dyktuje stawkę?
– Tak. Paradoksalnie, im większy szpital, tym stawka niższa. Tu, gdzie jest więcej roboty, mniej płacą. Dyrekcja wychodzi z założenia, że w dużym szpitalu, np. w Gdańsku, wszyscy chcą pracować, bo renomowany, bo wyzwania, a w takiej np. Kościerzynie czy Chojnicach już nie. Tyle że ludzie się zwalniają właśnie z tych dużych szpitali. Ostatnio mieliśmy transfery bardzo znanych lekarzy z Warszawy do Radomia. Kiedyś to by była degradacja, teraz liczy się spokój, lepsze warunki czy komfort pracy.
Neurologia
CZYTAJ TAKŻE:
Chora polska neurologia: "To bomba, którą mogą rozbroić tylko mądre decyzje"
Dyrekcja tym gościnnym dyżurantom płaci więcej niż zatrudnionym na etacie?
– Różnie. Szpital akademicki płaci np. 50-70 zł za godzinę, a szpital w mieście powiatowym – nawet 100 zł, bo dla niego obsada na neurologii to być albo nie być.
Ale nie chodzi tylko o pieniądze czy przemęczenie. Zmienia się stosunek do pracy. Lekarze już nie chcą brać 8 czy 12 dyżurów w miesiącu, bo to jest kompletna destrukcja życia prywatnego. Dzień po 24-godzinnym dyżurze jest stracony, czyli lekarzowi zostaje tydzień normalnego życia w miesiącu. Zważywszy na charakter naszego zawodu, tak nie da się funkcjonować. Trzy, góra cztery dyżury – tyle akceptują.
Więc jeśli mam do wypełnienia 62 dyżury w miesiącu, to muszę mieć 15 lekarzy. A lekarka w ciąży nie bierze dyżurów, matki z małymi dziećmi też nie, osoby z zaświadczeniem o jakiejś chorobie – też nie.
Ile miejsc na rezydenturze z neurologii w tym roku przydzieliło Ministerstwo Zdrowia?
– 16, po jednym na województwo w ostatnim wiosennym rozdaniu.
Pauza
Włącz dźwięk
Aktualny czas 0:22
/
Czas trwania 3:49
Pełny ekran
Karczewski: Sytuacja w służbie zdrowia się polepsza
Młodzi nie chcą się specjalizować w neurologii?
– Postrzegają ją jako mało atrakcyjną i trudną.
„Gazeta Lekarska” zapytała rezydentów o kryteria wyboru specjalizacji. I jakie jest najważniejsze? Nie zainteresowania, ale czy można przestać pracować w szpitalu i przejść do ambulatorium, gdy się skończy specjalizację. Czyli chodzi o możliwość lepszego zarabiania i lżejszej pracy w stałych godzinach.
Praca w szpitalu to ogrom obowiązków i dyspozycyjność.
To pokolenie jest trochę inne niż moje. Ma mniejsze ambicje, np. naukowe, preferuje spokój i komfort życia na co dzień. Czy to źle? W sumie walczy o lepszą jakość pracy i życia, czegoś się od nich też w tym względzie uczymy.
Modele funkcjonowania młodych lekarzy w różnych krajach są odmienne – bardziej socjalny i spokojny w Skandynawii, nadmiernie eksploatujący w USA.
Ale to tu lekarz ma największe możliwości postawienia trafnej diagnozy i wyboru sposobu leczenia. Czyli ma największe szanse na ratowanie chorych, co powinno być marzeniem każdego lekarza.
– To prawda, w naszym systemie wszystko, co jest istotą medycyny, jest możliwe tylko w szpitalach. Bo programy lekowe, czyli np. wysublimowane metody leczenia stwardnienia rozsianego czy choroby Parkinsona, nie są dostępne w ambulatorium.
Oczywiście procedury szpitalne są skomplikowane, więc wymagają większej i nieco innej wiedzy. Mnie jako ordynatorowi zależy na kształceniu lekarzy, staram się umożliwić im jak najwięcej form kształcenia. No i wyjeżdżają za granicę na staże, kursy, ale jak wracają, to pytają: „Dlaczego mamy pracować za taką samą stawkę jak w przychodni, skoro jesteśmy lepiej wykształceni i mamy więcej pracy?”.
I tak odeszło ode mnie trzech specjalistów, których szkoliłem blisko dziesięć lat. Założyli prywatne gabinety, niektórzy zrezygnowali nawet z otwartych przewodów doktorskich.
Neurolog w prywatnym gabinecie może leczyć skutecznie?
– Tylko wybrane choroby, np. leczenie stwardnienia rozsianego jest możliwe jedynie w szpitalu. Choć teoretycznie wszystko poza udarem dałoby się leczyć ambulatoryjnie. Tak jest w USA czy w Szwecji.
Druga rzecz utrudniająca – z punktu widzenia pacjenta – prywatne leczenie to diagnostyka. Rezonans, tomografia kosztują kilkaset złotych. Lekarz z gabinetu prywatnego nie może ich wypisać w ramach refundacji z NFZ.
Syndrom wypalenia zawodowego dotyka lekarzy częściej niż inne grupy zawodowe
CZYTAJ TAKŻE:
Lekarze to bogowie? Pracują nawet 100 godzin tygodniowo
Wydawałoby się, że badanie mózgu jest tak frapujące, że powinno przyciągać młodych. Nawet jeśli idą za nim małe pieniądze i ciężka praca.
– Przyciąga, ale bardziej w USA niż w Europie. Byłem w maju na Amerykańskiej Akademii Neurologii. Tam studia medyczne są najdr
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 144 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.