JESTEM ZMĘCZONY.
Ten tydzień był ciężki. Szczególnie. Z wiadomych względów był przytłaczający. Widoku trumien w wydaniu hurtowym nie zapomnę nigdy.
No a na koniec tygodnia, z piątku na sobotę dyżur, który też potrafi dostarczyć ekstremalnych wrażeń.
Ciekawie się zapowiedziało już od początku. Na dyżur „zameldowałem” się na 14.00, oczywiście mój starszy kolega, który został wydelegowany do oczekiwania na mnie (reszta oczywiście już dawno się zwekslowała), w pozycji sprintera w blokach, już ubrany, jeszcze coś klikający w necie, w wypiekami na twarzy i tętnem 140/min (bo w przychodni już od 12.00 czeka grupka pacjentów) wypruł z Oddziału z przyspieszeniem, którego nie powstydziłby się Marian Woronin w biegu na setkę. Rzucił jeszcze przez ramię, fajnie, że jesteś, to ja se wyjdę trochę wcześniej (Oddział pracuje do 15.05), ble, ble, ble. W duchu se pewnie pomyślał – co za bezczelny typ z tego specjalizanta, ja już czekam od 12.00 a on sobie jak gdyby nigdy nic przychodzi na 14.00.
Wiedziony przeczuciem i nauczony pewną eksperiencją, wyjrzałem jeszcze przez okno i nie zawiodłem się – starszy kolega powiadomił mnie konfidencjonalnie, że na SOR-ze czeka pacjentka na konsultację, ale właściwie to spokojnie mogę się przyoblec w firmowy strój roboczy, niedawno dzwonili, więc już nie dopytywał o Co chodzi, ale raczej nic poważnego, więc poinformował SOR że pofatyguje się już dyżurny. Nie lubię zbytnio odkładać konsultacji więc nie przebierając się pospacerowałem na SOR. To „niedawno dzwonili” okazało się wezwaniem na konsultację o 11.00 ( szlag by trafił tego Alberta i jego teorię względności, co winny temu mój kolega…).
Na SOR-ze pacjentka lat 86, przywieziona przez karetkę PR z powodu krótkotrwałego napadu drgawkowego, który wystąpił na oczach pielęgniarki przeprowadzającej w domu chorej czynności pielęgnacyjno-rehabilitacyjne. Mój kolega, internista, dyżurny SOR-u z poważną miną wyjadacza zawyrokował: „padaczka albo udar, pacjentka neurologiczna , zbadaj ją sobie, a najlepiej od razu bierz na Oddział, bo ja do neurologicznych się nie dotykam, a w ogóle to mam dużo innej roboty”, po czym odwrócił się na pięcie, poszedł sobie do swojego matecznika i wziął się za„ dużo innej robotę”, czyli za studiowanie ofert banków, bo był właśnie na etapie analizy stóp procentowych kredytów hipotecznych; jako świeży lekarz na SORze, (odbył kilka dyżurów), poczuł siłę swoich umiejętności i możliwość przekucia ich na bilety NBP, które nieobce były już starożytnym Fenicjanom.
Przytłoczony siła argumentów i zgodnie z przekazem z piosenki Młynarskiego postanowiłem, że po prostu zrobię swoje i zbadam pacjentkę. W badaniu neurologicznym właściwie Ameryki nie odkryłem, starsza pacjentka, z rozpoznanym od dawna otępieniem, w płytkim kontakcie, spełniające proste polecenia, generalnie bez cech ostrego ogniskowego uszkodzenia OUN. W moim przekonaniu utwierdził mnie ponadto wynik przeglądowego badania tomograficznego głowy, zleconego wcześniej, które nie uwidoczniło patologii.
Ale jako medyk już w średnim wieku, przypomniałem sobie, że oprócz badania neurologicznego, tomografii i innych bajerów jest przecież jeszcze słuchawka, ręka, oko i ucho więc postanowiłem se zbadać pacjentkę, tak ogólnie, po prostu. I co zacz: właściwie pacjentka na skra
Ten post ma 79 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.