Wspomnienie
39
Wigilie
Szły Święta.
Każdego dnia napełzały coraz to nowe zapachy, po których poznać można było, jak daleko jest do nakrytego wigilijnego stołu, choinki i zgromadzonych pod nią prezentów.
Pierwszy zapach szczypał w nos świeżym mrozem lub chociażby jego zwiastunem – ostrym, suchym, arktycznym wyżem. Zapach ten był i jest dla mnie nadal trudny do określenia: rześki jak mentol, czasem nieco bolesny, skłaniający do głębokiego wdechu i wówczas kłujacy w oskrzela. Dostawał się przez otwarte do mycia okna, które po uzyskaniu blasku szyb i białości framug, uszczelniane były watą, wpierw szarą, a następnie dla ozdoby –białą. Oczekiwało się wówczas na pierwszy tegoroczny śnieg.
Gdy okna były już umyte, dochodził szorstki zapach garbnikowy – dobrze namoczonej uprzednio i wiórowanej podłogi z dębowego parkietu. Zapach ten mieszał się z potem młodego, kobiecego ciała gosposi; ten jednak nie robił wówczas na mnie należytego i należnego wrażenia. Zaraz potem, tego samego dnia, powstawała feeria zapachów żywiczno-balsamicznych: pasty do podłóg i mieszanki kamforowo-terpentynowej do czyszczenia mebli. Jakże miło było zasypiać w świeżej pościeli, w wychłodzonym i pachnącym pokoju dziecinnym...
Wtedy znów nachodził zapach mdły, wstrętny, przed którym nie można było się w całym domu schronić, jednak zwiastujący rozkosze podniebienia – zapach gotowanego na pasztet zająca. Dobrze, gdy gotowany był w ciągu dnia, można było wówczas iść na spacer, najlepiej włóczyć się po sklepach i wypatrywać prezentów dla rodziny. Gorzej, gdy przed zaśnięciem wnikał do pokoju, nawet pod poduszkę, którą nakrywałem głowę. Pasztet jednak był pachnący dziczyzną, gałką muszkatołową; pieprzny, z chrupiącą skórką i plasterkami słoniny na wierzchu, by nie pękał. Trafiał na półmisek w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia i wraz z żytnim, kwaskowym chlebem i świeżym chrzanem – stanowił o dobroci stołu.
Pieczone mięsa, nacierane czosnkiem, kminem, nadziewane śliwką łechtały nozdrza, lecz w okresie postu czekały na degustację dopiero w dzień po wigilii, zaś skrawki tych pyszności trafiały sukcesywnie do bigosu, którego ilość przekraczała wszelkie wyobrażenie. Ogromny sagan pustoszał tuż po Nowym Roku, tak był bowiem bigos smaczny i ceniony przez licznych w tym okresie gości, zawierał bowiem wypracowane mieszanki kiszonej i słodkiej kapusty, zwykłej i włoskiej, liczne, specjalnie smażone, pieczone i gotowane mięsa, kiełbasy, boczki i nade wszystko suszone, wędzone śliwki oraz zioła i korzenie.
Po mięsach przychodziła kolej na majestatyczny zapach piernika na żytniej mące, miodzie, korzeniach i bakaliach oraz dystyngowany i finezyjny zapach strucel: z makiem, z orzechami i z powidłami, obowiązkowo w cieście krucho-drożdżowym. Ciasta p
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 39 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.