Coronawirus. Jak było naprawdę
7
- A więc popatrzcie- kontynuował siwowłosy profesor. Wyobraźcie sobie wirusa przenoszonego drogą kropelkową, z tygodniowym, albo, jeszcze lepiej, dwutygodniowym okresem wylęgania, w czasie którego nieświadomy niczego nosiciel jest zakaźny. Zanim ktokolwiek się zorientuje, wirus w ciele zarażonego człowieka przemierzy setki kilometrów...
- Chwila- przerwał mu otyły generał obwieszony licznymi orderami- chce pan powiedzieć, profesorze, że taki chory, taka nasza bomba biologiczna, może wyprawić na tamten świat tysiące ludzi, zanim ktokolwiek się jeszcze spostrzeże? I że tacy ludzie, mimo że ich los jest przesądzony, jeszcze pozarażają pozostałych naszych wrogów?
- Niezupełnie- odparł profesor- żaden wirus nie da śmiertelności 100%. Część populacji zawsze będzie odporna. A poza tym, do naszych celów taka śmiertelność nie jest korzystna. Wyobraźcie sobie tę panikę, ten szturm na granice. Nasz kraj nie jest samowystarczalny, odcięty od dostaw wpadnie w kryzys, któremu nie sprosta.
- Zaraz- zdenerwował się milczący do tej pory łysawy, niewysoki facet- mówimy tu o śmiertelności. Czy ktoś mi zagwarantuje, że umierać będą jedynie moi wrogowie, nie zwolennicy? Dwadzieścia lat temu chcieliście zrzucać wąglik i krzyżować Ebolę z ospą prawdziwą. Wytrulibyście nasz naród!
- Właśnie- poparł go generał. A poza tym gdzie chcecie wypuścić tego wirusa? U nas? Wtedy najpierw zachorują nasi. We wrogich krajach? Oni sobie poradzą. Mają służby, pieniądze...
- Odizolują ognisko infekcji i poddadzą podejrzanych kwarantannie- uśmie
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 7 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.