Wysyłanie pacjenta na "ostry dyżur".

23
Pracuję w dużym centrum onkologii, aktualnie obstawiam gabinet konsultacyjny raka piersi. Trafia do mnie niezaplanowana na dziś pacjentka - znaczne pogorszenie stanu ogólnego od 4 dni, senność, zaburzenia równowagi, wymioty, nudności, ograniczony kontakt (logiczna ale spowolniała), w badaniu neurologicznym nic rzucającego się w oczy oprócz w/w. Konsultacja neurologa, decyzja o szybkim TK bez kontrastu (bo pani wymiotuje). W TK ogromny guz lewej półkuli mózgu, opisany jako prawdopodobnie pierwotny (pacjentka od dwóch lat leczona z powodu raka piersi). Szybka rekonsultacja i minikonsylium - wysyłamy na neurochirurgię. Jako, że pani jest stabilna (dostała leki przeciwobrzękowe oczywiście), a karetka z lekarzem możliwa jest najwcześniej za 7 godzin, bierzemy z ratownikiem. Zadzwoniłem na 3x9 z pytaniem gdzie najbliżej jest aktualnie "ostry dyżur neurochirurgiczny". Uzyskałem odpowiedź że tam gdzie zwykle czyli 20km stąd. Papiery zrobione, pani pojechała. Późnym popołudniem odbieram telefon (mój prywatny i aktualnie jedyny, mam go na pieczątce). Dzwoni pan doktor z neurochirurgii, że oni mają kwarantannę bo był pacjent z covidem i że w ogóle co to za wysyłanie bez ustalenia, że on powiadamiał dyspozytornię, koordynatornię i wszystkich wokół i że w ogóle to ostre dyżury nie istnieją. Doczytałem że faktycznie "ostry dyżur" to w zasa
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 23 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.