"Policjanci wpakowali pięć kul w chorego na schizofrenię. Nie był uzbrojony."
103
"39-letni Łukasz ma pięć ran postrzałowych: trzy w nogach, dwie w brzuchu. Strzałów było kilkanaście. Czy policja musiała strzelać? Policjanci mieli zdjęcie Łukasza. Przez cały dzień policjanci okłamywali mnie, że go szukają, a on w tym czasie walczył w szpitalu o życie - opowiada nam Arleta, matka rannego.
Do tej pory wersja policji była taka: w czwartek o godz. 11.25 operator alarmowego numeru 112 odebrał informację o zakrwawionym mężczyźnie. Szedł ulicami Antoninka, spokojnej dzielnicy Poznania, w ręku miał trzymać nóż. Policjanci z oddziału prewencji (czteroosobowy patrol w furgonetce) zobaczyli go na ul. Gorzysława. Nie reagował na polecenia. Czekali na wsparcie. Gdy rzucił się na policjanta, użyli broni.
Policja nie chciała podać, ile padło strzałów i ile kul raniło mężczyznę. Ustaliliśmy, że kilku policjantów oddało w sumie kilkanaście strzałów. Łukasza dosięgło pięć pocisków: trzy wbiły się w nogi, dwie w brzuch. Według policji wstępne badanie krwi wykazało, że mężczyzna był pod wpływem narkotyków.39-latek postrzelony w Poznaniu choruje na schizofrenię
Jeden z oficerów wielkopolskiej policji: - Mimo ran postrzałowych mężczyzna wstał, biegał po ulicy i wciąż był agresywny. Obezwładniła go dopiero nasza grupa realizacyjna, która dojechała na miejsce. Użyli tasera, czyli paralizatora. Policjanci, którzy byli na miejscu pierwsi, paralizatora nie mieli. Dlatego musieli użyć broni - w mojej ocenie sytuacja ich do tego uprawniała.Czy rzeczywiście tak było?
Odnaleźliśmy matkę postrzelonego 39-latka. Arleta opowiada nam: - Łukasz miał epizod schizofreniczny. Poprzednim razem w 2004 r. podciął sobie żyły. Policjanci obezwładnili go w kościele, spędził potem pięć miesięcy w szpitalu. Gdy pierwszy raz go odwiedziłam, leżał przywiązany rękoma i nogami do łóżka, w pieluszce.
Kilka dni temu powiedziałam: "Łukasz, czuję, że jesteś w takim stanie jak w 2004 r." Przytaknął. Nie był agresywny. Myślałam, że sytuacja jest pod kontrolą, ale oczywiście bałam się. Od kilku dni szukałam pomocy u przyjmujących prywatnie lekarzy psychiatrów.Policja wiedziała o zaginięciu chorego na schizofrenię
W czwartek rano pojechaliśmy do lasu zbierać kurki. Mieliśmy takie małe nożyki do obierania ziemniaków. Łukasz powiedział: "Idziemy osobno, zobaczymy, kto więcej nazbiera". Usiadłam przy samochodzie, czekałam na syna. Gdy nie wracał, zaczęłam się martwić. Zadzwoniłam do sąsiadów. Przyjechali go szukać. Łukasz nie odbierał telefonu.O godz. 11.14 zadzwoniłam na numer alarmowy. Powiedziałam, że dzwonię tak szybko, bo boję się o życie syna.Mówiłam o epizodzie sprzed lat, gdy targnął się na życie. Sąsiad rozmawiał z nim wcześniej. Mówił, że Łukasz był taki spokojny, miły, jakby się żegnał. Policja przyjechała bardzo szybko. Nagle policjant zamknął szybę w radiowozie. Usłyszałam tylko coś o strzelaninie na ul. Gorzysława. Wcześniej słyszałam jakieś strzały. Zapytałam policjanta. Powiedział: "Proszę nie histeryzować, tu niedaleko jest strzelnica".
Wzięli nas do samochodu, pytali o wygląd Łukasza. O godz. 13 dałam im jego zdjęcie. Odjechali, potem wrócili. Mówili: "Niech pani z nami czeka". Cztery godziny czekałam. Przyjechała policjantka, spisywała zeznania. Mówiłam, że Łukasz jest bardzo dobry. Prosiłam, żeby tylko nie postępowali z
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 103 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.