Rozmowa z lekarką współpracującą z Medykami na Granicy
9
https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,163229,27716809,lekarka-z-grupy-granica-gdy-go-znalezlismy-byl-w-glebokiej.html
W szpitalu w Hajnówce pani doktor, kiedy funkcjonariusz Straży Granicznej mówił: "To co? Wieziemy ich tam gdzie zawsze?", darła wypis i mówiła, że pacjent zostaje. Nie można takiego człowieka wypisać po kilku godzinach. Bo w lesie nie przeżyje. Z Pauliną Bownik, lekarką współpracującą z Grupą Granica, rozmawia Agnieszka Jucewicz
Agnieszka Jucewicz: Co się stało wczoraj wieczorem?
Paulina Bownik: Dostaliśmy w Grupie Granica „pinezkę", czyli współrzędne lokalizacji, pod którą znajdował się człowiek potrzebujący pomocy. A do tego wiadomość, że jest prawie nieprzytomny i potrzebuje lekarza. Szukaliśmy go przez sześć godzin w lesie. Był bardzo słaby zasięg. I GPS po prostu wariował. Znaleźliśmy go w głębokiej hipotermii. Po ogrzaniu miał temperaturę 32 stopnie, czyli przed ogrzaniem miał pewnie około 30. Wezwaliśmy Medyków na Granicy, bo nie mam takiego specjalistycznego sprzętu. Zrobili dobrą robotę, przy czym to długo trwało. Samo wkłucie w żyłę, żeby podać mu ciepłe płyny, trwało ze 20 minut. Tak był odwodniony, że krew krzepła w wenflonie. Wynieśliśmy go na noszach do karetki Medyków na Granicy i wtedy lekarka zadzwoniła na dyspozytornię spytać, do jakiego szpitala mamy go wieźć, bo taka jest procedura. Wtedy zaczęły się szopki.
To znaczy?
Dyspozytorka pogotowia kazała nam się zatrzymać na drodze Gródek - Białystok. Pośrodku niczego. W tym czasie wysłali drugą karetkę, żeby tego pacjenta do niej przepakować, co było kompletnie nieuzasadnione i szkodliwe w jego stanie. I ten pacjent czekał na tym poboczu w naszej karetce 40 minut na tę drugą karetkę, choć powinien się natychmiast znaleźć w szpitalu. Razem z nią przyjechała Straż Graniczna, która przywiozła jakąś panią ubraną po cywilnemu.
Kto to był?
Nie mam pojęcia. Wsiadła z pacjentem do tej drugiej karetki i ruszyli z kopyta. Cisnęli 180 km/godzinę. Nie byliśmy ich w stanie dogonić. Odmawiali nam też informacji, gdzie zabierają tego człowieka, no ale podjechaliśmy pod szpital dyżurny w Białymstoku i na szczęście tam był. Nie chcieli mnie tam wpuścić, ale udało mi się w końcu wejść i przekazać temu człowiekowi pełnomocnictwo do podpisania. Siłą wyprowadzili mnie stamtąd policjanci. Uzasadniali to tak, że przeszkadzam personelowi w działaniach.
To pełnomocnictwo po co było potrzebne temu człowiekowi?
Wyraził chęć ubiegania się o ochronę międzynarodową w Polsce. Ale chciałam mu je dać też z takich ludzkich względów, żeby miał go kto reprezentować. Bo w szpitalu nikt nie był zainteresowany tym, żeby znaleźć tłumacza. A ja się z nim połączyłam, dzięki czemu dowiedziałam się, że temu człowiekowi bardzo chce się pić, że prosi o wodę. W trakcie tej pół godziny, jak tam byłam, chociaż prosiłam o tę wodę, nikt mu jej nie przyniósł. Kroplówek mu nie zmieniali. Krew mu się cofała w tych kroplówkach. Może się mnie krępowali,
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 9 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.