Ayahuasca raport z porażki.
91
Co to jest ayahuasca, wszyscy wiedzą, a kto zapomniał, ten z łatwością znajdzie w necie więcej niż jest w stanie przeczytać. Wasz korespondent z Niskich Krajów postanowił się przekonać co takiego. Oto krótki raport o porażce.
Umówiwszy się i uprzednio uiściwszy, zgłaszamy się (Miła i ja) do segmentu w strefie KMO gdzieś pod Amsterdamem. Serdeczne przyjęcie przez „mistrza ceremonii”, który ma na imię Mo i jest młodym Holendrem marokańskiego pochodzenia. Wszystko już przygotowane, znaczy materace, kubły na wymiociny, papier toaletowy, świeczki wszędzie i tak dalej. Mo spokojnie odpowiada na pytania, rozwiewa wątpliwości i uspokaja. Miła się boi, ja właściwie jestem zdecydowany skoczyć do tej wody. Na stole pojawiają się dwie krachlówki z mętnym, brunatnym płynem. Mo polewa po szklaneczce z pierwszej butelki, która ma zawierać inhibitor MAO roślinnego pochodzenia. Jak najbardziej, jesteśmy w 21. wieku, nawet szaman musi coś tam wiedzieć o inhibitorach MAO. Miła waha się i obserwuje co się ze mną stanie. Nic wielkiego się nie dzieje, więc wypija swoją porcję. Mo polewa już dla mnie z drugiej flaszki, niby wyciąg z tej liany z dimetylotryptaminą (DMT). Miła teraz już wychyla napój, który smakuje jak wyciąg z kompostownika i w sumie też tak wygląda, po czym instalujemy się na materacach i czekamy. Po ok. 30 minutach, ale nie wiem dokładnie, bo nie mam jak sprawdzić, Miła odlatuje na całego. Trzyma mnie za rękę, ale jest sam nie wiem gdzie. Oczy ma jak z horroru: półprzymknięte, niewidzące, wywrócone w górę. Nikt na razie nie rzyga. Jakiś czas potem Miła ocyka się, zdaje się, że to nią potrząsnęło. Mo ogłasza, że minęły dw
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 91 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.