Jak Rosja ukrywa prawdę o zabitych na wojnie
11
Rosyjskie matki, żony, siostry znów, jak to było w czasie wojen czeczeńskich, szukają swoich mężczyzn posłanych na Ukrainę. Państwo, jak robiło zawsze, ukrywa prawdę o rannych, poległych, wziętych do niewoli.
- Siedziałam z koleżanką, piłyśmy herbatę. I ona mówi: „Ty się trzymaj. Zaraz będzie telefon do ciebie". Zadzwoniła teściowa – Waleria Wasilienko opowiedziała serwisowi Meduza o tym, jak dowiedziała się o śmierci męża Igora, zawodowego żołnierza, który w pierwszym dniu wojny zginął na Ukrainie.
Złą nowinę rodzinie przekazali koledzy z pułku poległego. Oni też wiedzą niewiele. Tylko tyle, że nie żyje. A gdzie to się stało, w jakich okolicznościach, nie wiadomo.
Waleria dzwoniła do jednostki, pytała, co oni wiedzą, kiedy przywiozą ciało. Niezmiennie słyszy, że Igor „bierze udział w operacji specjalnej".
Władze Ukrainy ogłosiły w niedzielę, że na froncie w ich kraju zginęło „ponad 12 tys." żołnierzy rosyjskich. Według Kijowa dowódcy rosyjscy nie chcą słyszeć o wymianie jeńców ani o przerwaniu ognia w celu poszukiwania i wywiezienia do Rosji rozkładających się już ciał swoich żołnierzy.
Moskwa dopiero 2 marca ogłosiła, że straty jej armii podczas trwającej od 24 lutego wojny to 498 ludzi. Od tej pory nie podawała już nowych danych, a i tamte są z pewnością wielokrotnie zaniżone.
Gromadzenie i podawanie do publicznej wiadomości informacji o stratach armii jest w Rosji surowo zabronione i karane. Przyjęta w błyskawicznym tempie ustawa zakazuje podawania nieprawdziwych informacji o wojnie - czyli każdej, która nie jest zgodna z oficjalnym przekazem Kremla - pod groźbą 15 lat więzienia.
Tymczasem bliscy posłanych na front zaczynają sobie zdawać sprawę, że poległych, rannych, wziętych do niewoli jest coraz więcej. Zwracają się do Komitetu Matek Żołnierzy, organizacji, która od dziesięcioleci próbuje bronić praw ludzi służących w armii. Ale tam, jak uprzedza Oksana Paramonowa z Komitetu w Petersburgu, mogą tylko podpowiedzieć numer jednostki czy MON. Ale w pułkach nic nie wiedzą, a w resorcie na telefony nie odpowiadają.
Przez zgiełk wojennej propagandy Kremla bardzo powoli docierają do ludzi złe wieści o posłanych na tereny walk składów z wagonami chłodniami, przeznaczonych do przechowywania zwłok. Tak samo jak o mobilnych krematoriach używanych w czasie pokoju do spalania padłych zwierząt, a teraz przydatnych do poddawania kremacji trupów żołnierzy.
Wiele rodzin może się nigdy nie doczekać trumien swych poległych bliskich. Do Rosji powraca koszmar z nie tak przecież dawnych czasów wojen czeczeńskich, kiedy zrozpaczone matki siwiały błyskawicznie w poszukiwaniu synów, przebiegając w Rostowie nad Donem przez wagony chłodnie, w których trzymano setki ciał zabitych żołnierzy - tak zdeformowanych i rozłożonych, że tylko one mogły rozpoznać tych, których urodziły i kochały.
Wciąż męczą mnie obrazy tego niesamowitego nagromadzenia makabry, o którym pisałem, kiedy w 1999 roku zaczynała się druga wojna czeczeńska. Dziś warto przypomnieć ten tekst.
ESZELON NIEZNANEGO ŻOŁNIERZA
Tamta czeczeńska wojna po stronie "winien" ma wciąż 268 nierozpoznanych ciał. Ta wojna do upiornych wagonów na bocznicy towarowej w Rostowie nad Donem już dorzuca swoich żołnierzy.
Tamta wojna - jak obiecywali rosyjscy generałowie - miała "obejść się małą krwią" i skończyć błyskawicznie. Pułki pancerne wezmą Grozny z marszu, robiąc miły upominek ministrowi obrony Pawłowi Graczowowi, który akurat w noc szturmu, pierwszą noc 1995 roku, opijał z dzielnymi generałami swe 47. urodziny.
"Gruz 200"
Urodzinowy podarek się nie udał. W spalonych na ulicach miasta czołgach zostało to, na co Rosjanie, zniżając w zabobonnym lęku głos, mówią "gruz 200", czyli przysłane z pola walki ciało poległego żołnierza.
"Czarne tulipany", bo tak żołnierze nazwali helikoptery obciążone "gruzem 200", zaczęły zwozić z Czeczenii do Rostowa nad Donem, gdzie mieści się szpital Północnokaukaskiego Okręgu Wojskowego, setki ciał. I okazało się, że Rosja nie ma miejsca dla swoich poległych.
Wtedy na najdalszej bocznicy stacji towarowej Rostów stanął eszelon widmo złożony najpierw z kilku wagonów chłodni. Donikąd nie jechał. Stał i stoi otoczony ciszą i tumanem trupiego odoru. Co jakiś czas dołączano do niego następny wagon i na czterech piętrach metalowych stelaży ciągnących się wzdłuż ścian układano ciała kolejnych i kolejnych nieznanych żołnierzy.
Z tamtej wojny do wagonów chłodni na rostowskiej bocznicy przywieziono tysiąc trupów. 268 z nich nie udało się zidentyfikować.
Co jest ciałem?
- Co dla nas jest ciałem? - zastanawia się major Aleksander Tichonow, zastępca szefa wojskowego Laboratorium Identyfikacji Medyczno-Kryminalistycznej w Rostowie. - To tak samo zwłoki chłopca "czysto" zastrzelonego snajperską kulą w serce, jak i grudki zwęglonego mięsa, które zostały z kierowcy spalonego czołgu.
Tu, na południu Rosji, latem zazwyczaj są straszne upały. A kostnica na torach co jakiś czas odcinana jest od prądu. Wagony się rozmrażają, ciała zmieniają się - jak mówią ludzie z ich obsługi - w kisiel. Potem prąd się pojawia i znowu zamarzają. Potem znowu kisiel. I znowu zamarzają.
Graczow na początku tamtej wojny zapewniał dziennikarzy, że jego chłopcy "z uśmiechem idą na śmierć". Ci, którzy od lat leżą w wagonach, przez te skoki temperatury zmienili się w mumie i rzeczywiście szczerzą zęby w upiornym uśmiechu. A zęby mają piękne - białe, równe, bez ubytków. Widać, że byli młodzi, że służyli w oddziałach specjalnego przeznaczenia, gdzie biorą tylko najzdrowszych.
Odcisk stopy
Ludzkie kształty i zęby zachowali jednak tylko ci "czysto" zabici, choćby przez snajperów. - Dwa lata temu przyjechała do nas matka poległego w czasie szturmu na Grozny czołgisty. Upierała się, żeby wpuścić ją do wagonów. Że ona na pewno rozpozna swojego chłopca. On w młodości złamał rękę, lekarze wstawili mu metalowe śruby. Jak wytłumaczyć kobiecie, że w płonącym
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 11 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.