Klasa średnia zaciska pasa. "Trzy lata temu byliśmy na rodzinnych wakacjach w Hiszpanii, a dziś oszczędzamy na maśle"

84
https://wyborcza.biz/biznes/7,147582,28355528,klasa-srednia-zaciska-pasa.html "- Kiedy pod koniec miesiąca wchodzę do sklepu z ostatnimi 50 zł w kieszeni, mam wrażenie, że wszyscy o tym wiedzą. Staram się kupić chociaż jedną droższą rzecz, żeby kasjerka albo klient stojący za mną nie domyślili się, w jak beznadziejnej sytuacji się znajduję - mówi Ania. Jak żyje się Polakom z 11-proc. inflacją? kredyt mieszkaniowy, oszczędności, oszczędzanie, koszty życia, pieniądze, zarobki,inflacja Jacek: – Najwięcej oszczędzam na szukaniu żony. Od kilku miesięcy na pierwszą randkę umawiam się na spacer, zamiast proponować drinka czy kawę z sieciówki. Doszedłem już do takiej wprawy, że potrafię domknąć trzecie spotkanie bezkosztowo. Julita: – Biednieć zaczęliśmy jeszcze przed COVID-em. Potem moja siostra urodziła bliźniaki, a brat męża stracił pracę i długo nie mógł znaleźć nowej. Wtedy rodzice po obydwu stronach przestali nam tak bardzo pomagać. Przemek: – Ostatnio przyłapałem żonę na cerowaniu moich T-shirtów i skarpetek. Powiedziała, że w tym miesiącu budżet ubraniowy się wyczerpał i z wymianą muszę poczekać na nową pulę. Razem z narzeczonym odeszła stabilizacja Anna, 32 lata, pracowniczka administracji publicznej z Warszawy. Zarabia 3 tys. zł na rękę. Jej sposób na inflację? – Żeby w sklepie nie popłynąć z wydatkami, zabieram ze sobą tylko jedną torbę i odliczoną sumę pieniędzy. Zostawiam margines dwóch złotych. Na tyle jeszcze mogę sobie pozwolić. Podczas pandemii rozstałam się z narzeczonym i dwa razy zostałam zwolniona z pracy. Kiedy siostra przyjaciółki załatwiła mi etat w jednym z urzędów, zamiast oszczędności miałam kilka tysięcy długu. Zgodziłam się pracować za połowę tego, ile zarabiałam dotychczas, bo bardziej od atrakcyjnej pensji potrzebowałam zapewnienia, że nikt mnie nie zwolni po okresie próbnym. W wieku 31 lat po raz pierwszy zamieszkałam z obcymi ludźmi. Nie stać mnie na samodzielne mieszkanie, więc wynajmuję jeden z trzech pokoi w przedwojennej kamienicy na Woli. Za 15 metrów ze wszystkimi rachunkami płacę 1350 zł. Do tego karta miejska, telefon i 500 zł na spłatę długu zaciągniętego u cioci. Zostaje 1000 zł na wszystko. Jedzenie, ubrania, leki, bilety do rodziców (80 zł w obie strony), rozrywkę, prezenty itd. Jak się nie wyrabiam, to pytam ciocię, czy mogę jej oddać połowę raty. Jeszcze się zgadza, ale widzę, że jej też zaczyna brakować pieniędzy. Ubrań i kosmetyków kolorowych praktycznie nie kupuję. Raz weszłam do lumpeksu, ale kiedy zobaczyłam cenę 119 zł za kilogram, szybko się wyleczyłam z tego pomysłu. Donaszam co mam. Środki higieniczne kupuję marek własnych i tylko na promocji. Jednorazowa maszynka do golenia służy mi miesiąc. Szampon, odżywka do włosów, krem do twarzy – kupuję na Allegro. Mam kilku sprawdzonych sprzedawców, którzy handlują kosmetykami na granicy daty ważności. Kosztują ułamek ceny. Proszę przyjaciółkę, żeby zamówiła ze swojego konta, bo ona ma darmowe dostawy. Dzięki temu mogę sobie jeszcze pozwolić na umalowanie rzęs do pracy, czy pociągnięcie ust szminką przecenioną z 9 na 2 zł. Na jedzeniu coraz trudniej cokolwiek zaoszczędzić, bo ceny – szczególnie na podstawowych towarach – rosną w oczach. Mam celiakię, więc całkowicie zrezygnowałam z pieczywa. Na śniadanie jem jaglankę albo płatki kukurydziane. Do pracy zabieram zupę. Śmieją się, że codziennie mam krupnik, bo nawet pomidorową jem z kaszą zamiast ryżu, którego nie lubię. Na jedzenie wydaję maksymalnie 600 zł miesięcznie. Jeszcze w grudniu było 550 zł. Kawa i czekolada to moje jedyne przyjemności, mam na nie osobny budżet – 100 zł miesięcznie. Nie wiem, jak bez utraty jakości kupować jeszcze taniej. Chyba robię już wszystko, co można. Sprawdzam cenę za kilogram, a nie wybraną przez sklep, stawiam na produkty sezonowe, chodzę na zakupy zazwyczaj tuż przed zamknięciem sklepu, nie boję się krótkich terminów ważności, marek własnych, sprawdzam dokładnie, jak działa dana promocja. Czasem kupuję coś na spółkę z koleżankami lub współlokatorkami, bo np. wielopak lub duże opakowanie wychodzi dużo taniej. Tak na przykład zrobiłyśmy z 3-litrowym olejem. Zamiast 6,5 zł za litr zapłaciłyśmy po 4 zł. Kiedy się dysponuje takimi środkami jak ja, nawet jeżeli ma się możliwość pójścia na zwolnienie lekarskie, to się tego nie robi, bo człowieka nie stać na wykup leków i mniejszą pensję w tym czasie. Stresują mnie też wszystkie pracowe składki. Imieniny, prezenty z okazji narodzin dziecka, powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim, z powodu przejścia na emeryturę itd. Czasem chcą 5, a kiedy indziej 10 zł. Dorzucam, ale potem wkładam mniej do koszyka w sklepie. Z każdym kwartałem stać mnie na coraz mniej, jeżeli chodzi o codzienne zakupy. Obawiam się, że właściciel podwyższy koszty najmu albo moje współlokatorki zaczną zużywać więcej wody, prądu i gazu, przez co rachunki pójdą w górę. Szczególnie jedna ma taką denerwującą manierę – nie zakręca wody podczas mycia zębów. Zostawiałam karteczki przyklejone do lustra, ale nic nie działa. Kiedy pod koniec miesiąca wchodzę do sklepu z ostatnimi 50 zł w kieszeni, mam wrażenie, że wszyscy o tym wiedzą. Staram się kupić chociaż jedną droższą rzecz, żeby kasjerka albo klient stojący za mną nie domyślili się, w jak beznadziejnej sytuacji się znajduję. Wstydzę się tego, jak żyję od kilku miesięcy. Nawet rodzice nie znają do końca mojej sytuacji. Myślą, że zamieszkałam z przyjaciółkami i jakoś sobie radzę. Tak jak dotychczas. Przecież ja nigdy nie miałam problemów finansowych. Wierzę, że to wszystko sytuacja przejściowa. Zostało mi jeszcze 5 tys. zł długu u cioci. Jak ją spłacę, to będzie dużo lżej. Zacznę planować, jak stanąć na nogi. Nie stać mnie na kiepskie randki Ja
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 84 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.