Nienawidzę ludzi, czyli o tym,że śpiewać każdy może
53
Piękna czerwcowa niedziela, w góry za gorąco jak dla mnie, przychodzi już ten czas,że odpuszczam, bo nie znoszę chodzenia w upale i uczucia spływania potu po plecach, nosie, czole. Więc odrabiałam całotygodniowe zaległości. Późnym popołudniem wybrałam się na rower-centrum miasta,park nad rzeką w ścisłym city( o ile można użyć takiego terminu do zapyziałego miasteczka w Galicji:))
Szeroka asfaltówka podzielona( ach, jakież to " lewackie" -moje ulubione słowo ostatnio) na trzy pasy: dla rowerów, dla biegaczy/rolkarzy i dla pieszych. Jak się łatwo domyślić, nie będzie ( no właśnie-kto?) pluł nam w twarz.
No to leeeezą od sasa do lasa, jak komu pasuje, z p...ymi psami, wózkami, gów..niakami na bobo( rowerek dla dzieci w dawnych czasach), gów..niakami luzem, przez które ciągle trzeba hamować, mało nie pikując nosem w asfalt, babcie, dziadki, tata/mama /i gosposia, grubasy, kloce ledwie przekładające te swoje kolumny, które 80kg temu były nogami-slalom, zapominam,że jestem bez maski i moje ...katolickie przesłanie miłości bliźniego swego...nawet pod nosem, chyba jest słyszalne.
Nagle , to co yolumedki lubią najbardziej:bliskie spotkanie III stopnia, scena jak z " W samo południe". Tylko kuRNA gaz w domu zostawiłam, się nie spodziewałam się. W środku miasta .Widzę parszywca, skrzyżowanie szczura z lisem, wieloras pospolity, wielopokoleniowy, od zawsze ta sama pokraka- k
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 53 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.