Dla funny ;) "Lekarz , lekarzowi wilkiem " gazeta WYBORCZA
163
Lekarz lekarzowi wilkiem. "Wchodząc, jesteś nikim. Przyzwyczaiłam się do krzyków, poniżania"
artykuł z dzisiejszej "Wyborczej"
„Nie wychylaj się. Tak po prostu jest. Nic z tym nie zrobisz" – to była pierwsza zasada, którą poznałam na studiach. Na początku cię to przeraża. Potem się przyzwyczajasz. Uczelnia to państwo w państwie. Przez kilka lat znosisz poniżanie, krzyki i wyzwiska. Od wykształconych osób. Tych, które powinny być autorytetami. Nawet jeśli na początku chcesz z tym walczyć, nikt z imienia i nazwiska cię nie poprze. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, a boimy się jak dzieci.
Mój kolega próbował walczyć. Był starostą roku. Z jednego przedmiotu ustalili wyższy próg zdawalności kolokwium, niż było to w regulaminie przedmiotu na dany rok. Tak nie można robić. Cały nasz rok podpisał się pod pismem w tej sprawie, które on osobiście zaniósł. I to na nim się potem wyżywali.
Na egzaminie dyplomowym na koniec studiów oblali go jako jedynego z roku. Na poprawce spytali wprost, czy dalej będzie „podskakiwał". Potwierdził. Więc powtarzał rok. Ktoś może powie, że pewnie się nie nauczył. Ale on skończył medycynę i jeszcze jeden kierunek. Był bardzo inteligentny i ambitny.
Potem idziemy pracować. Niezależnie, czy to klinika, czy zwykły szpital – mobbing jest tajemnicą poliszynela. To nie jest tak, że coś niedobrego dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Oprawcy czują się tak bezkarni, że się z nim nie kryją. A my myślimy, że szpital tak musi funkcjonować. Na studiach nie uczono nas o mobbingu. Niektórzy nawet nie wiedzą, że go doświadczają.
Mój pierwszy kontakt z kierowniczką oddziału. Pierwsze pytania na rozmowie o przyjęcie do pracy: „Ma pani dzieci? Męża? Narzeczonego?", „Kiedy pani skończyła studia?", „Aha… to pani nic nie umie".
Pierwszy dzień specjalizacji. Pamiętam ciągły wrzask. Od starszych kolegów usłyszałam: „Wszyscy przez to przechodziliśmy, przyzwyczaisz się, przyjdzie ktoś nowy, to ci odpuści. Ona nie lubi dziewczyn".
Dwa tygodnie płakałam z bezsilności, wracając do domu. Towarzyszyło mi uczucie upokorzenia, że nie potrafię się przeciwstawić, kiedy ktoś codziennie mnie obraża i na mnie krzyczy. Musieliśmy jej pokazywać każdy wpis w karcie pacjenta. Jak się jedno słowo nie spodobało, wrzeszczała, przekreślała i kazała wszystko przepisywać od początku.
Nikt się nie odezwał. Nikt nie zaprotestował. A świadkiem tych sytuacji była moja opiekunka specjalizacji. Mam do niej żal, że się za mną nie wstawiła.
Na początku kompletnie sobie z tym nie radziłam. Nie potrafiłam się przeciwstawić. Bałam się jej. Dopiero później zaczęłam wchodzić z nią w dyskusje, jak na mnie krzyczała. Bo w końcu zaczęłam się bronić.
Po dwóch miesiącach przyszła nowa osoba i stało się tak, jak przepowiadali. Mnie odpuściła, a zaczęła wyżywać się na koleżance: „Co pani robi? Źle pani robi! Głupio pani robi! Pani nie umie!?". Albo: „Nie tak trzymasz hak! Źle trzymasz!". I wyrywała z ręki. „Patrz, jak trzymasz!".
Koleżanka też strasznie się jej bała. Do dziś mam przed oczami scenę, kiedy stała na korytarzu ze łzami w oczach, a kierowniczka darła się na nią. W obecności pacjentów, pielęgniarek i lekarzy. Brak naszej reakcji jeszcze bardziej ją nakręcał. Czułam złość, że muszę patrzeć na czyjeś cierpienie i nic z tym nie robię. Nie reaguję. Ja, która zawsze stawałam w obronie słabszych jak waleczna lwica. Nagle nie byłam w stanie nic zrobić.
Nie zapomnę sytuacji, kiedy koleżanka wykonywała zabieg. Pacjent był przytomny, a kierowniczka stała obok i mówiła do mnie i do kolegi: „Ja nie mam do niej siły. Ona się nie nadaje na tę specjalizację, powinna pójść na inną". Co czuje osoba, która jest w trakcie wykonywania zabiegu i słyszy coś takiego?
Codziennie wysłuchiwaliśmy, że jesteśmy beznadziejni, głupi, do niczego się nie nadajemy. Codziennie pozbawiała nas pewności siebie, poczucia własnej wartości.
Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, w jak chorej sytuacji się znalazłam. Wiedziałam tylko, że to jest walka o przetrwanie, i postanowiłam, że nie dam się złamać. Może dlatego, że na studiach zaczęły się u mnie pojawiać stany lękowe. Leczyłam się psychiatrycznie. Byłam wtedy już po dwóch psychoterapiach. Nie potrafiłam rano wstać z łóżka, nie mogłam nic robić. Walka, którą wtedy o siebie stoczyłam, bardzo mnie wzmocniła i wiedziałam już, że nie dam się pokonać tej kobiecie.
Ale moja koleżanka bała się jej tak, że zaczęła mieć problemy ze zdrowiem. Po pół roku musiała prosić o pomoc psychiatrę. To częsty problem u studentów medycyny.
Akurat wtedy dowiedziałam się, że mogę się przenieść do innej jednostki, i poszłam z wypowiedzeniem do dyrekcji. I na do widzenia wszystko opowiedziałam. Wezwano na rozmowę wszystkich pracowników. W tym naszego kata. Przez dwa tygodnie po tej rozmowie to był inny człowiek. Ale podobno po miesiącu zaczęła „wracać do siebie".
INNY ŚWIAT
Małgosia, 37 lat, chirurg
W trakcie robienia specjalizacji trzeba odbyć różne staże poza macierzystym szpitalem. Czasami trwają po kilka tygodni. Cyrk zaczynał się na początku roku. Szef kazał przygotować plan kursów i staży na cały rok. Często, kiedy jeszcze nie było wiadomo, czy na dany kurs będą miejsca.
Potem w trakcie takiego stażu szef robił awanturę, dlaczego kogoś nie ma w pracy. Kazał sekretarce wzywać lekarza pod groźbą zgłoszenia samowolnego opuszczenia miejsca pracy. Młody lekarz wracał ze stażu. Nie dostawał żadnej informacji, czego szef od niego oczekuje, dlaczego jest potrzebny i kiedy będzie mógł wrócić na staż. Za to po kilku dniach szef wściekał się, dlaczego lekarz jest w pracy. Przecież w kalendarzu jest wpisany jego staż. Lekarz wracał na staż.
Albo na odprawie szef stwierdzał, że nie ma nic na piśmie o stażu. Lekarz pisał pismo, że zgodnie z rocznym harmonogramem prosi o zwolnienie na odbycie stażu. Wtedy szef był oburzony, że pracownik kontaktuje się na piśmie, zamiast poprosić.
Po wprowadzeniu kart do odbijania obecności w pracy sytuacja została uregulowana tak, że na staż trzeba było wziąć urlop szkoleniowy. Przysługuje na to 21 dni w roku. Praktycznie nie wystarcza nawet na jeden z wymaganych 12 staży w trakcie sześciu lat specjalizacji z chirurgii.
Ale żeby dostać ten urlop szkoleniowy, trzeba było być w łaskach szefa. Jeżeli szefowi podobało się jakieś szkolenie, wybierał sobie kilka osób i opłacał ich udział. Inne osoby musiały same opłacić udział i wyprosić urlop szkoleniowy. Mężczyźni go dostawali, bo przecież muszą doskonalić swoje umiejętności. Panie miały zostać i poprowadzić 70-łóżkowy oddział. Rozmowy wyglądały tak. Szef: „Pani doktor, wszyscy wyjeżdżają na zjazd, więc nie dostanie pani tego urlopu". Ja: „Ale ja też wyjeżdżam na zjazd". Szef: „To proszę zrezygnować". Ja: „Ale mam już kupiony bilet na samolot i zabukowany hotel". Szef odchodził bez słowa. Ja w panice zastanawiałam się, co robić. Kilka dni bicia się z myślami. Czy stracić pieniądze i potem próbować żądać zwrotu kosztów od szpitala, czy jechać mimo wszystko, choć może czekać mnie zwolnienie dyscyplinarne. Na szczęście sekretarki były kochane. Dały cynk, że podpisał urlop. Oczywiście wypoczynkowy, nie szkoleniowy.
Już wiedziałam, że zawsze trzeba wpisywać wypoczynkowy, bo szkoleniowego nie podpisze. Wtedy zresztą słyszałam: „Chce się pani szkolić kosztem swoich dzieci?". Długo zastanawiałam się, czy jestem wyrodną matką.
Ostatecznie ludzie chodzili na staże bez urlopu i kart nie odbijali. Jak byli „grzeczni", nie wychylali się, nie proponowali zmian i byli pupilkami szefa, to nic się nie działo. Gorzej, jak w szpitalnych rozgrywkach niechcący poparli niewłaściwą stronę. Albo sprawiali wrażenie, że chcieliby dostać pieniądze za wykonaną pracę. Wtedy dyrektor dawał naganę.
Załatwiłam sobie kiedyś świetny staż w Niemczech. Trzy tygodnie nauki! Bez żadnych opłat. Tamtejsi lekarze nawet ogarnęli dla mnie za darmo pokój w akademiku pielęgniarek, a od dyrekcji szpitala dostałam kartę na darmowe posił
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 163 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.