W poszukiwaniu lekkiego dyżuru, w poszukiwaniu lekkich...

9
dyżurów, Jak sie okazuje to nie to samo. W liczbie mnogiej dotyczy dojeżdżania w rejony dyżurowe, dyżurorodne, mlekiem i dyzurem płynace, nawet za kilkoma horyzontami, w magicznej krainie Dyżlandii, gdzie pacjent nie fika, pielegniarka zrobi kawę, utukli stres i zabawi rozmową, a koledzy z oddziału poczekają godzinke -dwie na spóźnionego, ale ciagle sympatycznego dyżuranta.Ta kraina zwie sie ziemski Eden i wszyscy uparli sie żeby do niej trafić jeszcze przed spotkaniem w niebieskim raju. Podróżuja więc koledzy ze wschodu na zachód/ i odwrotnie, przeskakują między południkami w swoich wiernych autach dyżurowych, czasem kabrioletach, jak wieksza fantazja i czaszka niewlona od włosów.Czasem nawet bez prawa jazdy, bo cofniete, ale głód dyżurowy jest większy i silniejszy niż strach... Indywidualnie lekki dyżur to standardowa rutyna, bez darcia pierza na sorze ,bez darcia pasów między kolegami.W ogóle bez żadnego darcia.Najlepiej w znanym środowisku, stosując te same leki.40 lat w jednym oddziale, w jednym gabinecie , w jednych kapciach....W tych samych dniach.Jedni biora same poniedziałki.Inni piątki. W miare lat pracy w szpitalu zmienia się środowisko. Przychodzą młodzi/po prawdzie oni tez się solidarnie starzeją robiąc miejsce jeszcze młodszym
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 9 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.