Bajka o niemłodym małżeństwie, które się wybrało w Bieszczady. (Na dwa dni)

33
Byliśmy dwa dni, więc odcinki będą dwa. Dzień pierwszy- z cyklu „Strefa Mroku” ewentualnie „Opowieści z Krypty” Oglądaliście kiedyś taki odcinek horroru, w którym para małżonków jedzie dokądś w jakimś celu, ale trafiają, w gęstej mgle, do miasteczka, w którym mieszkańcy są bardzo mili, ale później robi się strasznie? Otóż nasz pierwszy dzień w Bieszczadach miał taki właśnie klimacik. My w roli pary małżonków u progu starości. Wybraliśmy się na zimowy spacerek do Chaty Socjologa. Aura z początku pochmurna, z każdym krokiem bardziej mglista. Para u progu starości (czyli my), aby w ogóle ruszyć w górę, musi pokonać zwykle trudności. Trudności tym razem przybrały postać niewielkiej dramy w moim wykonaniu. Krótkie, ale wyraźnie artykułowane zwątpienie żony eskalujące prawie do załamania nerwowego związane z niemożnością dopasowania raczków do prawego buta, mężowskie próby rozwiązania sytuacji poprzez odpowiednie ściśnięcie stopy żony, żeby jej kształt pasował do raczków, próba rękoczynów żony w stosunku do męża i zwyczajowe przy takich okazjach groźby karalne do żony, kwestia uwierania sprzączek na początku podejścia, chwila grozy związana z niemożnością znalezienia chusteczek higienicznych, mężowski nieunikniony i całkowicie usprawiedliwiony koniecznością „mansplaining” przy okazji regulowania kijków- „w górę wciśnij, w górę…góra jest w tym kierunku, co niebo!” Po tych mini kryzysach zwykle przychodzi jednak moment zachwytu nad otaczającą przyrodą, nasrtój płynnie przechodzi w taki o odmiennym od burcząco-zrzędzącego wektorze. Tym razem też tak było. Zrobiliśmy sobie nawet, w przypływie uczucia, sweet-focię na szlaku, mimo naszej pogardy dla obchodzonego przez niektórych w ten dzień święta Walentego. Wraca na czas jakiś pełna harmonia. Spacer wśród buków obsypanych białym puchem urozmaicają, oprócz mojego pokutnego dzwonienia łańcuchami zbyt luźno dopasowanych raczków (jest w tym jakaś symbolika, jak się nad tym zastanowić), znaleziska w postaci porzuconych w buczynie drewnianych sanek, a pół kilometra wyżej, całego rozmokłego kartonu makaronu Lubella o dobrym terminie przydatności. Nie spotkaliśmy prawie nikogo prócz pary z charakterystycznym dla młodości turbodoładowaniem, która to dwójka wyprzedziła nas z prędkością, wydawało mi się, zbliżoną do rączych sarenek, oraz rozhasanej grupki harcerzy w różnym wieku. Jeden z nich, zrzucony za karę przez zastępowego, poturlał się stromizną w dół szlaku dobre kilkanaście metrów, prosto na mnie, i widziałam oczami wyobraźni, jak staczamy się dalej razem. Nie sposób było mieć jakichkolwiek pretensji do tak sympatycznych dzieci- turlający przepraszał mnie obolałym gło
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 33 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.