Oddział pasożytniczy
11
Taka historyjka.
Był sobie oddział wewnętrzny. Z szefem w wieku dobrze już emerytalnym. Z emerytalnymi nawykami, leczący tak jak leczyło się 15 lat temu. Z wstrętem do nowych metod, nie mówiąc już o technologii.
Traktowanie rezydentów też było mocno XX-wieczne. Rezydent miał trzymać mordę w kubeł, odpowiadać "tak jest, panie doktorze" i całować po rękach, że Wielki Specjalista poświęcił Swój Cenny Czas, żeby kogoś czegoś nauczyć.
No ale jakieś dwa lata temu oddział zaczął prześladować pech. Ktoś się ciężko pochorował, ktoś poszedł na emeryturę. Co by tu zrobić? Szef pomyślał i dociążył pracą najmłodszych. Już nie było trzech dyżurów ze z.j.ebą na porannej odprawie, tylko sześć. Bywało, że przydzielanych z dnia na dzień.
Ku zdziwieniu szefa, rezydenci grzecznie podziękowali za pracę w jego wiodącym ośrodku, przenosząc się do konkurencji.
Co zatem zrobić? - szef podrapał się w głowę. Może ściągnąć zaprzyjaźnionych specjalistów? Albo poświęcić czas stażystom, traktując ich (UWAGA, HEREZJA) jak ludzi, a nie jak bydło? No, nie. To by było za trudne. Korzystając z zażyło
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 11 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.