Mój stary to fanatyk chirurgii

62
Mój stary to fanatyk chirurgii. Pół mieszkania zawalone akcesoriami operacyjnymi. Średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżącą na ziemi igłę czy skalpel i trzeba wyciągać w szpitalu, bo są ostre i dają głębokie rany. W swoim dwudziestodwuletnim życiu już z 10 razy byłem na takim zabiegu. Tydzień temu poszedłem na jakieś losowe badania, to baba z recepcji jak mnie tylko zobaczyła, to kazała but ściągać, bo myślała, że znowu igła w nodze. Druga połowa mieszkania zawalona „Chirurgiem Polskim”, „Światem Chirurgii”, „Leczeniem Ran” itp. Co tydzień ojciec robi objazd po wszystkich kioskach w mieście, żeby skompletować wszystkie lekarskie tygodniki. Byłem na tyle głupi, że nauczyłem go internetów, bo myślałem, że trochę pieniędzy zaoszczędzimy na tych gazetkach, ale teraz nie dosyć, że je kupuje, to jeszcze siedzi na jakichś forach dla lekarzy i kręci goownoburze z innymi chirurgami o najlepsze szwy itp. Potrafi drzeć mordę do monitora albo wywalić klawiaturę za okno. Kiedyś ojciec mnie wkurzył, to założyłem tam konto i go trollowałem, pisząc w jego tematach jakieś losowe głupoty, typu „szwy wchłanialne się rozłażą”. Matka nie nadążała z gotowaniem bigosu na uspokojenie. Aha, ma już na forum rangę Bóg-Imperator, za natrzepanie 10 tysięcy postów. Jak jest zimno, to co weekend zasuwa do biblioteki. Od jakichś pięciu lat w każdą niedzielę wysłuchuję nowości chirurgicznych, a ojciec nawija o zaletach czytania lekarskich nowości. Jak się dostałem na studia, to stary przez tydzień bredził, że to dzięki temu, że co tydzień wysłuchuję przeglądu literatury i dzięki temu mózg mi się lepiej rozwija. Co sobotę budzi ze swoim znajomym Mirkiem całą rodzinę o czwartej w nocy, bo hałasują, pakując książki, robiąc kanapki, porównując nici chirurgiczne itd. Przy jedzeniu jedzeniu zawsze nawija o chirurgii i za każdym razem temat schodzi w końcu na Polskie Towarzystwo Chirurgiczne, ojciec sam się nakręca i dostaje strasznego bólu dupy durr, niedostatecznie kształco, tylko kradno hurr, robi się przy tym cały czerwony i odchodzi od stołu, klnąc, i idzie czytać Przegląd Technik Operacyjnych, żeby się uspokoić. W tym roku sam sobie kupił na święta stół operacyjny. Oczywiście do wigilii nie wytrzymał, tylko już wczoraj go rozpakował i rozstawił w dużym pokoju. Ubrał się w ten swój cały strój operacyjny i siedział cały dzień przy tym stole na środku mieszkania. Obiad (sajgonki) też przy nim zjadł. Gdyby mnie na długość ręki dopuścili do wszystkich pacjentów chirurgii w Polsce, tobym wziął i zatłukł. Jak któregoś razu, jeszcze w podbazie czy gimbazie, miałem urodziny, to stary jako prezent wziął mnie ze sobą na salę operacyjną w drodze wyjątku. Super prezent, cholero. Pojechaliśmy gdzieś w 3,14-zdu za rodzinne miasto, dochodzimy do szpitala, a ojcu już się oczy świecą i oblizuje wargi, podniecony. Przebraliśmy się, weszliśmy na blok operacyjny, i patrzymy na pacjenta. Po pięciu minutach mi się znudziło, więc włączyłem discmana, to mnie ojciec walnął mnie czepkiem po głowie, że pacjent słyszy muzykę z moich słuchawek i zaczyna krwawić. Jak się chciałem podrapać po dupie, to zaraz krzyczał szeptem, żebym się nie wiercił, bo szeleszczę, pacjent się stresuje, a stres sprzyja krwotokom. Sześć godzin musiałem siedzieć w bezruchu i patrzeć na operację jak w jakimś cholernym Guantanamo. Urodziny mam w lipcu, więc jeszcze do tego było gorąco na tej sali jak wszyscy diabli. W pewnym momencie ojciec wszedł z bloku i wypuścił ładunek gazów. Wytłumaczył mi, że trzeba poza blokiem wiatry puszczać, bo inaczej pacjenci słyszą i czują. Wspomniałem, ż
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 62 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.