Nie o taką Jewrounie nam chodziło. Czyżby?

27
Uwaga, długie aczkolwiek samo gęste. iedy dwadzieścia lat temu wstępowaliśmy do Unii fakt ten potwierdził pewien obrazek, ale od razu w nieoczekiwanym kontekście – otóż po ogłoszeniu wyników zwycięskiego, acz koniecznego referendum akcesyjnego ujrzałem w telewizji jak w szale radości w ramiona sobie padli ówczesny premier RP Leszek Miller i ówczesny wódz sumień kiedyś opozycyjnych III RP – Adam Michnik. Był to dla mnie pewien szok, bo pewnie – jak większość Polaków – myślałem, że akcesyjny ruch narodu jest formą może ostatecznej ucieczki na Zachód z komunizmu przedłużanego wtedy władzami postkomunistów. Zacząłem się zastanawiać czemu to postkomuch się cieszy, powinien się martwić, że się właśnie im urwaliśmy? To, że się obściskiwał z guru Michnikiem też pokazywało dowód na słuszność poszlakowych podejrzeń pookrągłostołowych, że ta walka starego z nowym, to tylko pic na Grójec dla naiwnych, bo – jak widać – cele mają podobne. A i poziom sfraternizowania zadziwił, choć był tylko kolejnym przyczynkiem do odkrycia pełnej sztamy, których dokonała wcześniej komisja rywinowska. Krótkie więc były moje unijne radości, zwłaszcza, że dochodziły nowe poszlaki niepewności. Jak się przyjrzałem, to samo referendum było wygrane dzięki… Giertychowi. Tak, to jego antyunijny ruch doprowadził de facto Polskę do Unii. Głosy oddane na „NIE”, głównie za pomocą jego inicjatywy, dawały najważniejszą rzecz dla akcesji – dawały reprezentatywną frekwencję, przekraczającą 50%. Bez niej, którą napędził ruch „antyunijny”, referendum byłoby przegrane, nawet jak wszyscy zagłosowaliby na „TAK”. Skutecznym antyunijnym posunięciem byłby logiczny bojkot antyfrekwencyjny, ale życie potoczyło się inaczej. Ta konstatacja kazała mi inaczej spojrzeć na autentyczność podziału polskiej sceny politycznej – że to tylko teatrum dla maluczkich, bo podstawowe cele są realizowanie bez względu na kolor scenicznych dekoracji. Ten modus operandi widziałem później wiele razy, kiedy to szczerzy i pryncypialni robili dobrze głównie tym, przeciwko którym się deklarowali. Sam twór Po tych didaskaliach pora więc na małą analizkę dorobku Unii. I to w kilku aspektach. Głównym tłem jest nie tylko dorobek tych dwudziestu lat, ale może bardziej prześledzenie co się w tym czasie z tą Unią stało. Bo nie ma wątpliwości, że rację mają ci, którzy mówią, że nie do takiej, jak ta dzisiejsza, Unii się wtedy zapisywaliśmy. Jest to pewien argument, ale Unia przecież w dużej mierze zmieniała się za zgodą podsądnych narodów i ich reprezentantów. Traktaty wtedy to gwarantowały, odstępstwa były delikatne, w porównaniu z dzisiejszym rympałem. Chodziło wtedy o to, żeby zrobić to osmatycznie, bo moim zdaniem plan był taki jaką widzimy teraz realizację, tyle, że rozłożony cierpliwiej w czasie. Wciągnąć, uzależnić, role przydzielić. Nie miała to być Europa równych, a raczej pokojowo wywalczona IV Rzesza, tym razem bez żadnych rzezi. Mają rządzić Niemcy, ale bez widowiskowych awantur. Plan nie do końca się udał, bo wyraźnie dziś towarzystwo przyspiesza, nawet gorset gumowych i gwałconych traktatów mu przeszkadza. Ma być jedno państwo pod światłym przewodnictwem Niemiec, które od dawna deklarują, że są gotowe wziąć odpowiedzialność za Stary Kontynent. Ale popatrzmy na ten główny argument, że „nie do take Unie” się zapisywaliśmy, że się zmieniła, nad czym nie mieliśmy do końca kontroli. Ale czy tak było naprawdę. ? Jak się weźmie pod światło taki traktat z Maastricht (przypomnę – z 1993 roku, a więc 11 lat przed naszą akcesją do Unii) to tam jest wszystko napisane – że założona tym dokumentem Unia będzie dążyć do stworzenia federalnego państwa ze wszystkimi tego konsekwencjami. Było to co prawda kompletne zaprzeczenie idei Ojców Założycieli, którzy właśnie w różnorodności Europy widzieli jej walor, ale wtedy w 1992 roku stery przejęły już lewicowe uroszczenia. Dążenie do niemieckiego przywództwa nad Europą spotkało się z formułą lewicowego braku estymy do państwowości i widzenia w różnorodności Europy powodów jej krwawych konfliktów, nie zaś walorów. A więc przystępowaliśmy 20 lat temu do tworu, który mówił jak będzie i dziś to realizuje. Było więc wszystko w papierach i nie ma się co teraz cukać, że to nie fair. Lud tego nie wiedział, bo kto by tam czytał sążniste traktaty. Politycy o tym nie mówili, w większości – jak lud – nie mając pojęcia jak i na ile rozpisany jest ten harmonogram. Ci, co wiedzieli – taktycznie milczeli, dbając, by prawda nie przestraszyła referendalnego suwerena. Tak, Unia jest inna niż wtedy, ale przystępowaliśmy do jasno zdefiniowanego jajka, nie ma się co dziwić, że wyrosła z niego taka kura. Teraz co prawda mamy do czynienia z gwałtownym przyspieszeniem, ale moim zdaniem wynika ono tylko z tego, że po kowidzie władza na wszystkich szczeblach dowiedziała się w końcu, że z obywatelem może zrobić wszystko. Dlatego przyspiesza. Drugi powód to to, że dłuższe cackanie się z tą pulardą może doczekać bankructwa całego układu, bo jak wiadomo takie imperialne twory nie upadają, tylko bankrutują. Tyle ogólnych wprowadzeń. Zobaczmy teraz jak to poszło nam w te dwadzieścia lat od wejścia do Unii do dziś i to w różnych aspektach. Polityka Politycznie Unia to czysty przykład przejmowania instytucji przez lewicę. Jej obiecany marsz przez instytucje znalazł idealną ofiarę, w postaci idei, mającej u podstaw chrześcijańskie wartości, jako konstytuujące dla wspólnoty wartości, co potwierdzili Ojcowie Założyciele. Gwiaździste koło europejskiej symboliki to nawiązanie do korony Maryi, teraz te gwiazdki są już rozczytywane jako nawiązanie do lewicowych kontekstów. Jak to się stało, że Unię przejęła lewica? Ano było to emanacją lokalnych poglądów krajowych suwerenów oraz globalnego planu lewicy. Zachód nam zlewaczał po drugiej wojnie światowej. Narody, które prawdziwy komunizm znały tylko z teoretycznych zachwytów kawiarnianych rewolucjonistów, opływając w powojenny dobrobyt skupiły się bardziej na redystrybucji dochodu narodowego, niż na pielęgnowaniu jego źródeł. Bogatym było wstyd, że tak zarabiają, demokracje przekraczały swe granice serwując fiskalny populizm, który miał zadawalać coraz szersze masy. Masy nabierały rewolucyjnej pewności, objawiającej się w eskalacji redystrybucyjnych roszczeń, które sfera polityczna zaspokajała rosnącym socjalem. A więc na lewej stronie zrobiło się tłoczno. I to się przeniosło do Europarlamentu. Jak to z lewicą, która niepowstrzymanie dąży do zbiurokratyzowania świata dostaliśmy w Brukseli jej skumulowane królestwo. Biurokratyczne umysły europejskie zestrzeliły się w jedno ognisko produkując jedyny (oprócz terroru) produkt eksportowy lewicy – regulacje. Te w Unii nabierały prędkości jak w akceleratorze cząstek elementarnych, wracały w postaci dyrektyw do krajów lokalnych, w dodatku będąc jeszcze, jak to w przypadku np. Polski (i to – uwaga! – bez względu na rządzącą ekipę) podkręcane w ramach racjonalizatorskiego dociskania śruby przepisów. Dla ludów wstępujących do Unii po 1989 roku ta rosnąca przewaga lewicy była niezłym zaskoczeniem. Zadziałało tu prawo, które nazwałem „zasadą a rebour”. Kraje, które doświadczyły szczęścia pobywania w ustroju jakiego świat nie widział nie wyobrażały sobie, że Europa jest na Zachodzie cała na czerwono, bo to przecież ku niej, jako na bank niekomunistycznej, wyciągały się ręce narodów uciemiężonych pod sowieckim butem. A tu nagle taka niespodzianka. Wspomniana przeze mnie zasada na tym właśnie polegała – ci co się zetknęli z praktycznym wcieleniem lewicy chętniej zwracali się a rebour ku prawicy. Zachodnie społeczeństwa, jeśli już miały jakieś autorytarne traumy, to pochodziły one raczej ze strony dyktatur, o proweniencji na pewno nie lewicowej, choć to wcale nie znaczy, że koniecznie zaraz prawicowej. I te społeczności zachodnie chętniej zwracały się ku lewicy, którą znały tylko z opowiadań, głównie zresztą inspirowanych w wersji soft z jak najbardziej „hard” Kremla. W międzyczasie okazało się, że i antykomunistyczne resentymenty da się załagodzić, ba – nawet zapomnieć, wśród postkomunistycznych narodów. Doszło do zmiany pokoleniowej, nowe generacje nie były przedmiotem atrakcyjnego przekazu prawicowego. Zaczęła dominować ideologia „róbta co chceta”, ma być po równo, choćby i w dół, ale dopiero wtedy będzie sprawiedliwie. I to też się odbiło na zlewaczeniu, teraz już i postkomunistycznych reprezentantów do europejskiego parlamentu. W dodatku, kiedy socjalizm przebrał się w szaty liberalnej demokracji, to już doszło do kompletnego pomieszania pojęć, bo ludzie będący za liberalną personalizacją relacji państwo-obywatel zaczęli głosować na ustrojowe ucieleśnienie zamordystycznego kolektywizmu. Jak do tego dołożyć umiejętne wpływanie zachodnich szafarzy dóbr na lokalne formacje partyjne, to już było jasne, że w Unii zakróluje lewica, zdobędzie swą największą światową wylęgarnię – karier urzędniczych i regulacyjnego szaleństwa. Wartości Często w narracji, głównie uzasadnienia jakichś kar czy sankcji, pojawia się termin „europejskie wartości”. Został on zawłaszczony i zdekonstruowany. Przypomnę, że przy zakładaniu projektu unijnego miał być to układ chrześcijańsko-demokratyczny, nawet nie socjal-demokratyczny. Europa miała się odwołać do swego udziału w światowej triadzie wartości zachodniej cywilizacji: po filozofii greckiej, pr
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 27 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.