„Medycyna kambo…”

44
Problem kliniczny
„Ludzie z całej Polski jeździli do szamana z małej wsi pod Gryfinem, aby leczyć traumy i depresję jadem żaby z amazońskiej puszczy. - Byłam zamroczona, kiedy przystawił moją głowę do swojego krocza - opowiada jedna z kobiet. Jest ich więcej. Agnieszka zaczęła obserwować u siebie przewlekłe stany zapalne narządów rodnych. Pielgrzymowała od lekarza do lekarza. Diagnozowali wulwodynię [chroniczny ból miejsc intymnych] i choroby weneryczne, chodziła na masaże urologiczne, przyjmowała różne leki. Kiedy nie pomogła medycyna tradycyjna, zwróciła się ku alternatywnej. Brała ziołowe kąpiele, próbowała akupunktury. Nic nie pomagało. - Wtedy nie wiedziałam, że moje dolegliwości mogą mieć podłoże psychiczne. Miałam objawy somatyczne, ale byłam leczona na wszystko inne, nawet na alergię — wspomina kobieta. Była bliska załamania. Rozwiedziona matka dwójki dzieci, prowadząca własny biznes od lat, przestała sobie radzić w życiu. - Zachorowałam na depresję, rozwinęłam u siebie poważne oznaki hipochondrii. Czułam się cała chora, w gorączce. Zemdlałam nawet w przedszkolu syna. Dziećmi zajął się chwilowo mój były mąż, a ja nie mogła już jeść, ani spać. Nie dostrzegłam, że nawet się nie myję. Każda czynność wzbudzała we mnie panikę — mówi Agnieszka. Ostry epizod depresyjny i jad żaby Ostatnie święta Bożego Narodzenia przeleżała w łóżku, w końcu została zabrana do szpitala. Wyniki badań na SOR były idealne. Po raz pierwszy lekarz zasugerował, że może przechodzić ostry epizod depresyjny. - Gdy wyszłam ze szpitala, zaczęłam wędrówkę po gabinetach psychiatrycznych. Każde wyjście z domu było problemem. Pewnego dnia w jej mieszkaniu uruchomił się czujnik dymu. Gdy przyjechali strażacy, jeden z nich rozejrzał się po mieszkaniu i zapytał: "Dlaczego pani tu nie posprząta?". Na podłodze leżały sterty śmieci. Wkrótce kobieta spędziła siedem tygodni w szpitalu psychiatrycznym. - Byłam już wtedy po próbie samobójczej — opowiada. Leczenie nie pomogło. - Wpisywałam w wyszukiwarkę hasła: "alternatywna pomoc psychiczna". Od znajomego usłyszałam o jadzie żaby z dżungli amazońskiej, który podaje się podczas rytuału kambo. Dużo o tym czytałam, podobno ktoś umarł podczas przyjmowania toksyny, ale mi było już wszystko jedno. Chciałam tylko poczuć ukojenie — wspomina Agnieszka. Poszukiwania w internecie doprowadziły ją do Dariusza, który mieszka na wsi pod Gryfinem. Mężczyzna opisywał, że ma licencję na przeprowadzanie kambo i jest w tym doświadczony. Zapewniał, że trzydniowy rytuał gwarantuje uzdrowienie. - Trochę się zdziwiłam, bo inni proponują jedną dawkę toksyny raz na dwa tygodnie, ale i tak zadzwoniłam do niego. Przez telefon wydawał się bardzo miły, ale też emanował spokojem. Powiedział, że mogę przyjechać w majówkę — opowiada Agnieszka. Sesje kambo w moim domu, z daleka od cywilizacji Dariusz jest starszym mężczyzną, na zdjęciach pozuje w egzotycznych koszulach i koralikach. Przedstawia się jako radiesteta i certyfikowany terapeuta, bioenergoterapeuta, masażysta, praktyk kambo i instruktor nurkowania. Jego pasją są podróże i fotografia. W sieci można znaleźć obrazy z jego podobizną. Pozuje na nich np. z fujarką i w obłokach niczym indyjskie bóstwo. Niektórzy nazywają go szamanem. O o sobie napisał: "z medycyną kambo zapoznałem się stosunkowo niedawno, ale już po pierwszej aplikacji [toksyny] usłyszałem wewnętrzne wołanie, aby podążać za nią dalej. Moje sesje kambo prowadzone są po uprzedniej rezerwacji miejsca, w moim domu z dala od cywilizacji". Każdy, kto decydował się na terapię u Dariusza, musiał przestrzegać zasad. "Przez ustalony czas będziesz pod moją pełną kontrolą i opieką, wniesiesz swój wkład w postaci drobnych prac, na czas detoksu oddasz (na tydzień) telefon, komputer, zegarek do depozytu". Zachęcał też do przyjechania osoby, które "nie mają domu, nie mają pieniędzy, ich życie jest w rozsypce". W sieci pisał: "Ten, kto chce pomagać innym, powinien być przygotowany na niewdzięczność tego, komu pomagał. Umowa już nie jest z tą osobą. Ludzie przestają czynić dobro, bo oczekują tego samego w zamian od tej samej osoby. I nie zawsze tak jest. Czasami powrót przychodzi niespodziewany od obcej osoby. Czy rozumiesz? Tak to już jest. Czasami nigdy nie przychodzi, ale w nocy na pewno będzie się lepiej spało." Agnieszka miała przyjechać na pięć dni. Tysiąc złotych zadatku za turnus posłała przelewem, na miejscu dopłaciła jeszcze 1500 zł. Mężczyzna powitał ją w spodniach alladynkach, na bosaka, z koralikami na szyi i nadgarstkach. Dał się poznać jako osoba współczująca i umiejąca słuchać. Po raz pierwszy od długiego czasu Agnieszka poczuła się dobrze. - Ośrodek wyglądał jak agroturystyka. Mieszkało tam kilka osób na stałe, niektórzy w przyczepach, były też zwierzęta. Wnętrza urządzono w indyjskim klimacie, stały tam posągi i kadzidełka. Dużo zdrowego jedzenia w kuchni, w tym nasiona różnych roślin — opowiada kobieta. Dariusz przeprowadził z nią szczegółowy wywiad. Opowiedziała mu o swoich dolegliwościach. Odsłonić podbrzusze, dać sobie nadpalić skórę Jeszcze tego samego dnia Agnieszka została poddana ceremonii rapè [czyt. ra-pay]. Moc świętego tytoniu miała ją oczyścić przed kambo, które miało się odbyć następnego dnia. Rapè to mieszanka sproszkowanego tytoniu oraz m.in. kory, nasion, liści "świętych" lub leczniczych roślin. Tytoń to mapacho, zdecydowanie silniejszy od tego z papierosów. Dariusz zapewniał, że daje "większy efekt uziemienia, osadzenia w sobie". Ceremonia polega na tym, że prowadzący nakłada rapè do specjalnej rurki zwanej tepi i wdmuchuje tytoń drugiej osobie do zatok. - Poczułam, jakby ktoś mnie uderzył w tył głowy. Poszłam spać. Nie wiedziałam, że rapè jest bardzo uzależniające. W sieci też trudno znaleźć o tym informacje — mówi Agnieszka. Przed snem szaman przypomniał, że do ceremonii kambo Agnieszka powinna przystąpić na czczo. - Z opisów internetowych wiedziałam, że kambo podaje się na ramię, tymczasem Dariusz poprosił, żebym odsłoniła podbrzusze. Zdziwiłam się, ale rozebrałam się do połowy. Już tyle osób w czasie mojej choroby oglądało moje okolice intymne, że kolejna taka prośba nie zrobiła na mnie wrażenia. Poza tym traktowałam go jako uzdrowiciela — mówi Agnieszka. - Szaman podgolił mi włosy maszynką, następnie wypalił mi na podbrzuszu trzy miejsca i podał na nie toksynę — o
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 44 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.