Lekarze 80+
7
Czy gdybym mógł wrócić czas, pracowałbym mniej? Nie umiem powiedzieć. Poczucie, że jestem potrzebny chorym, było dla mnie najważniejsze.
„Bo kocham ten zawód". „Bo kocham ten zawód". „Bo kocham ten zawód". Trzy razy dostałam dokładnie tę samą odpowiedź – na pytanie, dlaczego wciąż pracują. I potem padała druga część odpowiedzi: „Człowiek powinien być aktywny, inaczej kapcanieje", „Praca trzyma człowieka w formie", „Mam powód, żeby się umalować, ubrać".
PACJENCI TO MOJE OKNO NA ŚWIAT
Prof. Irena Namysłowska, psychiatra i psychoterapeuta, pracuje w zawodzie lekarza 61. rok. Współtworzyła Klinikę Psychiatrii Dzieci i Młodzieży w Instytucie Psychiatrii i Neurologii przy ul. Sobieskiego w Warszawie, której szefowała do odejścia na emeryturę w wieku 70 lat. Obecnie przyjmuje pacjentów oraz jest kierownikiem merytorycznym w Warszawskim Ośrodku Psychoterapii i Psychiatrii.
– Pierwszy dzień w pracy pamiętam bardzo dobrze – opowiada Irena Namysłowska. – Prof. Piotrowski, mój mentor, oznajmił: „Zostawiam pani oddział na dwa dni, bo jadę na konferencję. Jakby był problem, proszę pytać kolegów". I zostałam, a pod moją opieką około trzydziestu pacjentów. To była klinika w Pruszkowie, później przeniesiono ją na ulicę Nowowiejską w Warszawie, gdzie działa do dziś. Czy sobie poradziłam? Tak. Byłam tak wychowana, żeby sobie radzić. Chociaż to była duża rzecz, bo w teorii powinnam była po dyplomie odbyć najpierw dwuletni staż. Ale były takie braki kadrowe, że profesorowie zgodzili się mnie zatrudnić od razu z pominięciem stażu. Znali mnie, bo od trzeciego roku studiów chodziłam do nich na kółko psychiatryczne, do prof. Bizonia i prof. Piotrowskiego. Widzieli moje zaangażowanie i mi zaufali. A ja tak naprawdę chciałam studiować historię. Ale mama powiedziała, że w takich warunkach, jakie mieliśmy w końcówce lat 50., lepiej mieć wolny zawód, na który system ma jak najmniejszy wpływ. Poszłam więc na medycynę od razu z myślą o psychiatrii. To jakoś najlepiej się łączyło z moimi zainteresowaniami humanistycznymi. Egzamin zdawało się wówczas pisemny i ustny, z fizyki i biologii; a komisja brała pod uwagę również punkty za pochodzenie. Ja pochodzenie miałam złe, ale na szczęście maturę zdałam na samych piątkach, więc udało mi się dostać.
Klinika w Pruszkowie, w której zaczynałam pracę, jak na tamte czasy miała wysokie standardy etyczne – na przykład unieruchomienie traktowano jako ostateczność. Był to jednak inny świat niż dziś. Zakładano przewlekłe życie pacjenta w szpitalu, który zresztą był do tego przystosowany – wielki stary budynek otoczony ogrodem.
Medycyna skupiała się wówczas bardziej na negatywach, pacjentów psychiatrycznych postrzegano jako agresywnych, bez kontaktu. To drugie było w dużej mierze silnym skutkiem ubocznym starych leków.
Praktycznie nie istniała rehabilitacja – czyli różnego rodzaju zajęcia, np. twórcze, które dziś proponuje się chorym. I przede wszystkim nie było pracy z rodzinami. Skutkowało to tym, że pacjent często nie miał dokąd wracać po leczeniu – bo rodzina się go bała, nie rozumiała, wstydziła. Istniało głębokie tabu społeczne.
Po dwóch latach wysłano mnie w ramach szkolenia do szpitala w Bolesławcu i tam zobaczyłam trudniejsze oblicze ówczesnej psychiatrii. Odsyłano tam z całej Polski pacjentów, którym nie udało się pomóc. Osoby ze schizofrenią leczono insuliną, wprowadzając je w śpiączkę cukrzycową. Czy to leczyło? Leczyło objawy, ale też było to działanie bardzo niebezpieczne, zagrażające ich życiu.
Fundamentalna zmiana, jaka zaszła od tamtego czasu w psychiatrii, dotyczy postrzegania pacjenta. Od myślenia o chorym jako niebezpiecznym, skazanym na wykluczenie doszliśmy do tego, że widzimy osobę z epizodem choroby, której trzeba pomóc. I zrobić, co się da, żeby epizod był tylko epizodem. Wielkim osiągnięciem jest psychiatria środowiskowa. Wspaniałe jest to, że dziś wielu pacjentów psychiatrycznych prowadzi życie jak inni – uczą się, pracują, mają rodziny. I są akceptowani.
Czy dziś więcej osób choruje, niż gdy zaczynałam pracę? Na schizofrenię, chorobę dwubiegunową czy zespoły urojeniowe – zasadniczo tyle samo.
Natomiast lawinowo urosła liczba tych, których kiedyś określaliśmy jako neurotycznych – czyli z zaburzeniami lękowo-depresyjnymi. Szczególnie wśród młodzieży po pandemii. Dlaczego? Powiedziałabym, że dorastanie nigdy nie było tak trudne jak dziś.
Od połowy lat 80. zajmuję się przede wszystkim młodymi ludźmi i ich rodzinami – współzakładałam wówczas Klinikę Psychiatrii Dzieci i Młodzieży w IPiN przy ulicy Sobieskiego.
Mogę powiedzieć, że chociaż dorastałam w latach stalinizmu, odbudowy po wojnie, braku wszystkiego w sklepach, mam poczucie, że było mi prościej. Było wobec mnie mniej wymagań, których nie mogłabym spełnić. Jako młoda dziewczyna w zasadzie miałam jeden obowiązek – uczyć się. I ja się uczyłam, sporo. Ale dzisiejsza młodzież musi się uczyć więcej – tego oczekują rodzice. W dodatku żyje w poczuciu – teoretycznie – nieograniczonych możliwości oraz słyszy o nieograniczonych obszarach, w których powinna się rozwijać.
Widzę też, jak zmienia się rodzina. Po 1989 roku Polacy zbiorowo odczuli, że trzeba robić karierę i zarabiać coraz więcej. Standardem są rodzice nieobecni. Zbyt zmęczeni, żeby po powrocie do domu zapytać o coś więcej, niż tylko: „jadłeś obiad?" i „jak było w szkole?". Przy czym nawet na te pytania często nie oczekują dokładnej odpowiedzi. Dużo jest rozwodów, kolejnych związków, nie ma więc stabilności. Rodzice słyszą też, że powinni inwestować w siebie. Ich dzieci stają się samotne – pustkę wypełnia im ekran.
A w sieci bombardują je niemożliwe do spełnienia standardy wyglądu zewnętrznego, osiągnięć, kariery, którym powinny sprostać – jak wyglądać, co posiadać, jak być fajnym. Robią się jeszcze bardziej samotne, niezależnie od tego, ilu mają „znajomych" na portalu społecznościowym. Do tego młodemu pokoleniu bardzo w kość dała pandemia. W gabinecie najczęściej mówią o braku dobrego kontaktu z rodzicami.
– Pani jako młoda, ambitna lekarka nie zostawała po godzinach w pracy?
– Nie. Gdy dzieci były małe, kończyłam pracę w szpitalu o czternastej i wracałam do domu. Zawsze miałam jeden etat, prywatnie zaczęłam przyjmować, jak syn i córka dawno już skończyli studia i odeszli z domu. To prawda, że nasza rodzina nie była typowa. Mój mąż, fizyk teoretyczny, przed naszym ślubem był dwa lata na stypendium naukowym na Uniwersytecie Stanforda, byliśmy więc w relatywnie dobrej sytuacji materialnej. Wyszłam za mężczyznę z mieszkaniem i samochodem, co wtedy było rzadkością. Własne mieszkanie na pewno dało nam poczucie stabilizacji, ale nie mieliśmy takiej presji, żeby zaharowywać się dla pieniędzy. Kartki za alkohol wymienialiśmy na wyroby czekoladopodobne dla dzieci. Mieliśmy satysfakcję z realizacji pasji w pracy oraz z tego, że założyliśmy dom. Jak była okazja wyjechać za granicę na stypendium naukowe, wyjeżdżaliśmy całą rodziną. Woleliśmy, żeby dzieci doświadczyły amerykańskiej szkoły, nauczyły się języka, zobaczyły trochę świata – niż żeby pojechało jedno z nas i ciułało dolary.
– W państwa domu dużo się rozmawiało z dziećmi?
– Z perspektywy lat widzę, że można było więcej – ale my z moją mamą też nie rozmawiałyśmy dużo, i ten przekaz międzypokoleniowy zaciążył na naszej rodzinie. Było też tak, że moja praca polegała na codziennych, długich rozmowach o życiu z pacjentami. Może już więc po pracy miałam dość? Mąż z kolei pochłonięty był swoją życiową pasją – fizyką. W domu żyliśmy życiem naukowców, więc to był trochę specyficzny dom.
On, jak przystało na wybitnego fizyka teoretyka, całe życie szukał odpowiedzi na jedno pytanie: jak powstał świat? Ja, w pokoju obok, na inne: dlaczego niektórzy ludzie nie radzą sobie psychicznie?
Ale byliśmy małżeństwem ponad pół wieku, do śmierci męża. Jakbym miała powiedzieć, co nam pomogło razem trwać, to szacunek dla własnych pasji i dla odrębności każdego z nas. Oraz poczucie humoru. A z dziećmi może nie było tyle długich rozmów, ale była codzienność: dom, pies, ogród. Chodzili do szkoły obok, po lekcjach z kolegami do lasu po drodze. Dzieci z kluczami na szyi socjalizowały się w grupie rówieśniczej. Dzisiejsze dzieci cierpią na brak trzepaka.
Czy się zmieniłam jako lekarka przez lata? Tak. Zwłaszcza że obok bycia psychiatrą byłam terapeutą, głównie rodzinnym. Jeszcze ba
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 7 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.