Ja znów politycznie
4
Z FBK.Z. Bielejewski
·
Obserwuj
Wczoraj o 02:19
·
NIEDZIELA PO SOBOTNIM KACU HISTORII, CZYLI ŚWIAT ROZJECHANY PRZEZ EGO
Sobotę da się streścić jednym zdaniem: świat obudził się z kacem po cudzej imprezie, na którą nikt nas nie zapraszał, ale rachunek i tak leży na naszym stole. Ktoś wyjął instrukcję obsługi porządku międzynarodowego, podpalił ją zapalniczką ego i stwierdził, że „jakoś to będzie”. Otóż nie będzie. Improwizacja w geopolityce kończy się zawsze tak samo: krwią, granicami rysowanymi na nowo i zdziwieniem tych, którzy jeszcze wczoraj wierzyli w stałość świata.
Sojusz transatlantycki? Nie oszukujmy się — to już nie most, nawet nie kładka. To trup zaufania, przykryty jeszcze amerykańską flagą, żeby nie było widać zapachu. W głowie kołacze mi myśl brutalnie prosta: jeśli bezpieczeństwo opiera się na przewidywalności, to Donald Trump jest jej naturalnym wrogiem. To polityczny hazardzista, który co rano tasuje talię historii i sprawdza, czy da się wygrać partię, podpalając stół. Wczoraj Putin był partnerem od „wielkich rozmów”, dziś jest konkurentem do Grenlandii, jutro może być znów kolegą od nowego, błyszczącego paktu o strefach wpływów. Trump–Putin brzmi jak sequel, którego nikt rozsądny nie chciał oglądać, bo pierwszy film skończył się masowym grobem i ruiną pół kontynentu.
Nie łudźmy się też, że to tylko „błąd w systemie”. To nie wypadek przy pracy. To system. Ameryka, która izoluje się sama, z entuzjazmem godnym lepszej sprawy. Nawet gdyby jutro w Waszyngtonie nagle objawiła się partia rozsądku, zegara już nikt nie cofnie. Żyjemy w świecie wielobiegunowym, w którym USA przestały być gwarantem stabilności, a stały się jednym z czynników ryzyka. Tak jak huragan: czasem omija, czasem niszczy wszystko po drodze.
Europa w tym czasie stoi przed lustrem historii i zastanawia się, czy federalizacja pasuje do jej butów. To rozważania godne klubu dyskusyjnego, nie kontynentu, który znów stał się planszą do gry imperiów. Albo Europa mówi jednym głosem, albo będzie mówiła cudzym. Grenlandia okazała się testem — i to oblanym. Bo nagle wyszło na jaw, że gwarant NATO potrafi być przeciwko NATO. Przeciwko Danii. Przeciwko Kanadzie. Moskwa patrzyła na to z radością dziecka, które widzi, jak przeciwnik sam sobie podstawia nogę.
Rosja pozostaje sobą: imperium bez modernizacji, z mentalnością lombardu i obsesją „zbierania ziem”. Gdy nie da się zbudować nowoczesnego państwa, zawsze można zbudować mit. Ukraina jest w tym micie ofiarą rytualną. Wojna trwa, bo jej zakończenie oznaczałoby dla Kremla katastrofę psychologiczną. Putin nie może się wycofać, bo musiałby spojrzeć w lustro i zobaczyć przegranego. A autokraci wolą liczyć trupy niż przyznać się do błędu. Historia Rosji pokazuje to jak na dłoni: Bałtyk, Petersburg, Finlandia, Wyspy Alandzkie — logika ekspansji jest stała, zmieniają się tylko dekoracje. Bałtyk od trzech stuleci jest dla Rosji jak okno, które ciągle się zatrzaskuje, więc trzeba je wyważać. Petersburg nie powstał z miłości do architektury, tylko z obsesji dostępu do świata. Carowie, sekretarze generalni i dzisiejsi prezydenci różnili się fryzurami i ideologią, ale mapa w ich głowach była ta sama. Gdy Bałtyk nie był kontrolowany, Rosja czuła się duszona. Gdy była słaba — modernizowała się. Gdy modernizacja zawodziła — sięgała po armię. Tak było przed woj
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 4 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.