ale spójrzmy na to z drugiej strony

25
Twarzoksiążka podsunęła mi taki wpis, profilu o nazwie "Kocham i rozumiem" - nie znam i nie obserwuję, ale algorytmy zdecydowały że mam to przeczytać. No i przeczytałem. "W 2015 roku osiemdziesięciotrzyletni włoski filozof z niepokojącą trafnością opisał zjawisko, które miało rozbić racjonalną rozmowę. Dziś żyjemy dokładnie w rzeczywistości, przed którą ostrzegał. Umberto Eco poświęcił życie badaniu sposobów, w jakie ludzie się komunikują. Był mediewistą, semiotykiem analizującym znaki i symbole oraz autorem „Imienia róży” — intelektualnej powieści kryminalnej, która zdobyła czytelników na całym świecie. Rozumiał, jak rozprzestrzeniają się idee, jak język kształtuje to, co uznajemy za rzeczywistość, i jak społeczeństwa decydują, co uznać za prawdę. Kiedy media społecznościowe zaczęły dominować w życiu publicznym, Eco obserwował to z rosnącym niepokojem. W czerwcu 2015 roku, podczas wywiadu we Włoszech, zapytano go o wpływ internetu na społeczeństwo. Odpowiedział wprost i prowokacyjnie. Media społecznościowe — mówił — dały całym rzeszom ludzi prawo do wypowiadania się w przestrzeni publicznej, podczas gdy wcześniej robili to co najwyżej przy barze po kieliszku wina, nie wyrządzając szkody wspólnocie. Wtedy byli po prostu ignorowani. Dziś mają taki sam zasięg jak laureaci Nagrody Nobla. Nazwał to „inwazją głupoty”. Reakcja była natychmiastowa. Krytycy zarzucali mu arogancję, próbę uciszania zwykłych ludzi i oderwanie od realiów demokracji. To było jednak nieporozumienie. Eco nie występował przeciwko wolności słowa. Ostrzegał przed światem, w którym wiedza i kompetencje tracą znaczenie, a lata badań i dowody naukowe traktuje się na równi z czyjąś intuicją czy opinią. Przez stulecia debata publiczna miała filtry. Gazety miały redaktorów. Wydawnictwa stosowały weryfikację faktów. Uniwersytety opierały się na recenzjach naukowych. Systemy te były niedoskonałe i często wykluczały głosy, które powinny zostać usłyszane, jednocześnie chroniąc istniejące struktury władzy. Ale wprowadzały odpowiedzialność. Jeśli ktoś chciał publikować twierdzenia medyczne — musiał je udowodnić. Jeśli chciał wpływać na opinię publiczną — musiał mieć wiarygodność. Jeśli rozpowszechniał nieprawdę — ponosił konsekwencje. Internet zlikwidował te bariery. Nagle każdy mógł dotrzeć do milionów. Nastolatek piszący z pokoju miał taką samą platformę jak doświadczony naukowiec. Zwolennik teorii spiskowych mógł przyciągać tyle samo uwagi co dziennikarz, który miesiącami sprawdzał fakty. A najbardziej skrajne treści rozchodziły się najszybciej. Media społecznościowe nie nagradzają prawdy. Nagradzają zaangażowanie. Złość, strach i absolutna pewność siebie rozchodzą się lepiej niż złożone, wyważone wyjaśnienia. Spokojny wpis pokazujący, że problem jest złożony i wymaga refleksji, rzadko staje się viralem. Wpis krzyczący, że „wszyscy nas okłamują”, rozprzestrzenia się błyskawicznie. Eco
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 25 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.