Uczmy sie od najlepszych w te klocki...
20
Czyny i rozmowy polityków PiS, przez lata ciężkiej pracy posła Marka Suskiego archiwizowane w teczkach na Nowogrodzkiej, odcisnęły się teraz na listach wyborczych. Kaczyński niepostrzeżenie wymienia dużą część klubu. Ten czy ów poseł ze zdumieniem dowiedział się, że w jakimś zamierzchłym głosowaniu wcisnął nie ten, co trzeba, guzik i w zatrudnieniu na Wiejskiej czeka go przerwa.
- Miałem nadzieję, że tamta sprawa poszła w niepamięć - zmartwił się Jerzy Gosiewski, gdy okazało się, że nie będzie kandydował, bo kiedyś nieprawomyślnie zagłosował nad składem sejmowej komisji ochrony środowiska.
Ale czasem teczek Suskiego nie trzeba. Jarosław Kaczyński i bez nich pamięć ma jak słoń. Anegdota z jednej z poprzednich kampanii głosi, że pewien polityk omal nie zniknął z listy za grubiaństwo. Zarzut faktycznie potężnego kalibru; nieszczęśnik powiedział wprawdzie prezesowi ''dzień dobry'', ale nie wyjął przy tym rąk z kieszeni. Z trudem wybronili go koledzy, podobno zaszył sobie potem kieszenie. Licha lepiej nie kusić.
Prezes o takich i cięższych jeszcze przewinieniach przypomina sobie w momencie, gdy jego władza nad partią jest największa - kiedy powstają listy wyborcze. I to dopiero w ostatniej chwili, nie tylko po to, żeby awantura była jak najkrótsza, ale i po to, żeby skrzywdzeni nie załapali się na listy konkurencji.
Ludwik Dorn został wyrzucony z PiS w 2008 r. po sporej awanturze. Przeszedł do Polski Plus, ale potem, dręczony niepokojem o reelekcję, ogłosił się ''przyjacielem ludu pisowskiego'' i podpisał z Kaczyńskim porozumienie o starcie w wyborach w podwarszawskim obwarzanku.
Były mars
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 20 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.