Pacjencie, ulecz się sam
2
Protesty lekarzy w związku z wprowadzaniem ustawy refundacyjnej są efektem wieloletnich zaniedbań, do których doszło w zarządzaniu ochroną zdrowia w Polsce. Ostatnią cegiełkę do tych zaniedbań dołożyła Ewa Kopacz.
Refundacja do decyzji NFZ- tak brzmi napis na pieczątce, którą pod koniec roku każdy lekarz ma mieć w swojej szufladzie. Pieczęć, niczym broń, ma zostać wyciągnięta i użyta, jeżeli przed tym terminem nie dojdzie do porozumienia między środowiskiem lekarskim
a ministerstwem zdrowia. Podbitej nią recepty na lek refundowany pacjent nie mógłby zrealizować w aptece. Napis ze stempelka jest kwintesencją sporu toczącego się w Polsce od kilku miesięcy.
Lekarze nie chcą sprawdzać, który z ich pacjentów jest ubezpieczony, a który nie. Bo niby dlaczego? Są w końcu od leczenia, a nie od bawienia się w kontrolerów. Mogą kontrolować przebieg choroby, ale nie proces płacenia składek na ubezpieczenie zdrowotne. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej wezwał urzędników z NFZ, aby odstawili kawę i sami przyszli do gabinetów lekarskich sprawdzać pacjentów.
Awantura o to, kto ma wziąć odpowiedzialność za zrealizowanie recepty na lek refundowany przez osobę nieubezpieczoną, trwa od lat, teraz jednak przybrała na sile, ponieważ od
1 stycznia mają wejść w życie przepisy nowej ustawy ubezpieczeniowej, która przewiduje finansowe karanie lekarzy. Medycy nie chcą się na to zgodzić - stąd protest, stąd pieczątki, negocjacje i medialny szum.
Dziurawy wykaz
Sprawa jest rzeczywiście ważna, bo dotyczy ogromnych pieniędzy: co roku na leki refundowane Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje 8,5 mld zł. Część z tych środków trafia do osób nieuprawnionych, które składek nie płacą. Jak je namierzyć, zanim sięgną po receptę ze zniżką? Oto pytanie, które przyprawia o ból głowy urzędników z NFZ. Fundusz, co prawda, prowadzi Centralny Wykaz Ubezpieczonych, ale jest on dziurawy jak sito - proces zbierania i przetwarzania danych trwa zbyt długo. Informacje o zebranych składkach najpierw trafiają do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego - i dopiero stąd wędrują do NFZ. W międzyczasie zdarza się, że pacjent zaczyna lub przestaje pracować, a do tego może zmienić adres.
Zamieszanie jest spore i duże są straty, jakie z tego tytułu ponosi publiczny płatnik, dlatego prezes Narodowego Funduszu Zdrowia wpadł na pomysł, aby to już w gabinetach lekarskich sprawdzano, czy ktoś jest ubezpieczony. Pomysł z pozoru prosty i tani, jednak kompletnie niemożliwy do zrealizowania w obecnym anachronicznym systemie.
Najpierw weź druczek, potem zachoruj
Wojewódzkie oddziały Funduszu od dawna nękały lekarzy pismami wzywającymi do tego, żeby sprawdzali, czy chory, który ma gorączkę, ma też ubezpieczenie. Lekarze jednak niezbyt się pohukiwaniami płatnika przejmowali. No bo jak tu poważnie traktować takie monity, skoro przeciętny człowiek idący do lekarza nie ma przy sobie żadnego dowodu ubezpieczenia? Aby taki dowód posiadać, musiałby przewidzieć, że zachoruje, i zawczasu wziąć od pracodawcy odpowiednie zaświadczenie.
Kiedyś o tym, że jesteśmy ubezpieczeni, informowały książeczki ubezpieczenia zdrowotnego. Nie od dziś jednak
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 2 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.