Lekarze przesadzili
6
Nauczyciele nie strajkują w czasie matur, protestujący policjanci nadal ścigają przestępców. Inaczej żylibyśmy w dżungli
Matka chorego na raka dziecka, która przez protest pieczątkowy nie mogła wykupić dla niego leków, miałaby pełne prawo obrócić w pył pół Warszawy. My byśmy tak zrobiły. Na pierwszy ogień poszedłby gabinet lekarza, na drugi - apteka, która odesłałaby tę matkę
z kwitkiem. Nie wolno walczyć o swoje sprawy kosztem zdrowia, a nawet życia pacjentów!
Chciałybyśmy spojrzeć w oczy lekarzowi, który wypisał pacjentowi choremu na raka leki, za które w aptece zażądano 1 tys. zł (100proc. ceny). Do diabła, to nie był katarek, tylko rak!
Gdyby spotkało to kogoś z naszej rodziny, poszłybyśmy z tym do sądu. Nie bacząc na to, że sprawa ciągnęłaby się w sądach latami. Po prostu dla zasady. Nasza noga nie stanęłaby już nigdy w tym gabinecie.
Zapewne wiedzą to lekarze z prywatną praktyką, którzy protestacyjnych pieczątek nie przystawiają. A ci w państwowych przychodniach o takie rzeczy się nie martwią. Nie ich pieniądze, nie ich strata. Protest uderza więc w niezamożnych Polaków, ci zamożniejsi pójdą do prywatnej przychodni.
Lekarze tłumaczą, że od dawna zapowiadali protesty, a rząd nic z tym nie zrobił.
Ustawa refundacyjna została uchwalona w maju. Ale wtedy apele o weto prezydenta albo wysłanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego o ile w ogóle były - nie przebiły się do opinii publicznej. Przecież opozycja chętnie zaskarżyłaby ustawę do Trybunału, gdyby krzyk lekarzy był głośny. Niestety, nikt tego nie zrobił. A niewykluczone, że W ciągu pół roku sędziowie wypowiedzieliby się na ten temat i już część przepisów byłaby uchylona.
Zresztą samo środowisko lekarskie było podzielone: co innego mówili związkowcy, co innego Naczelna Rada Lekarska. Dopiero pod koniec starego roku i na początku nowego lekarze bardziej precyzyjnie wyartykułowali swoje żądania. A skoro tak, to nie mieli moralnego prawa organizować protestu uderzającego w pacjentów.
Trzeba było oflagować się, manifestować, wręczać pacjentom ulotki, a nawet rozbić przed siedzibą rządu białe miasteczko. Ale nie narażać pacjentów na nerwową, bezradną bieganinę po aptekach. I wreszcie: to lekarze wskazują, którzy pacjenci skorzystają z leków refundowanych - mają więc wpływ na sposób wydawania publicznych pieniędzy. Wobec tego muszą ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje. Muszą podlegać kontroli Narodowego Funduszu Zdrowia, który może nawet wtrącać się w to, przy okazji jakich chorób lek ma być refundowany, a przy okazji jakich nie. Tak się dzieje w innych krajach Unii Europejskiej.
Na tym jednak proste konkluzje się kończą. Założenia ustawy refundacyjnej są słuszne: trzeba racjonalnie dopłacać do leków i wymuszać jak najniższe ceny na firmach farmaceutycznych. Ale część przepisów ustawy to legislacyjne buble.
Lekarz ma być karany za wypisanie recepty niezgodnej z uprawnieniami świadczeniobiorcy (art.48.8.1). Państwo nałożyło w ten sposób na lekarzy obowiązek sprawdzania, czy pacjent jest ubezpieczony. Gdyby nie był, a dostałby receptę na lekarstwo refundowane - lekarz płaciłby karę. Ta odpowiedzialność istniała wcześniej, tyle że najpierw karę ponosiły przychodnie, a dopiero potem mogły domagać się od lekarza pokrycia kosztów.
Teraz ten przep
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 6 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.