Jak wyględał bój MZ z FF
13
Ból z ustawy
Nowa ustawa refundacyjna nazywana lekową to prawdziwa bomba atomowa. Wprowadza rozwiązania, do których w Europie dochodzono latami.
Od lat refundacja, czyli to, ile Narodowy Fundusz Zdrowia dopłaca z naszych składek do leków, rosła. Z 7,6 mld zł w 2006 r. do 11,5 mld zł w 2010 r. Jednocześnie malały dopłaty bezpośrednio z kieszeni pacjentów (nazywane fachowo współpłaceniem).
Do tej pory Ministerstwo Zdrowia układało listę leków refundowanych tak, że producent proponował cenę, a urzędnicy albo umieszczali lek na liście, albo nie. NFZ dopłacał – czyli płacił producentom – kwotę, której limit był ustalany na podstawie najniższej ceny leku opartego na tej samej substancji.
+ Negocjacji cen nie było, liczyły się ewentualnie tzw. chody w resorcie.
Krążyły legendy, jak to koncerny farmaceutyczne lobbują za umieszczeniem na liście konkretnego specyfiku. Na przykład dawały pieniądze stowarzyszeniom pacjentów, a ci przekonywali, że tylko taki, a nie inny lek im pomaga.
Koncerny, zarabiając na refundacji od państwa, mogły sobie pozwolić na rabaty dla hurtowni, aptek i pacjentów. Komu to przeszkadzało? Przecież pacjenci mieli tańsze leki.
Niestety, system ten drenował kieszeń NFZ, który płacił firmom tyle samo bez względu na to, czy lek był dla pacjenta drogi, czy tani. Na refundację nowych leków pieniędzy już mu nie wystarczało.
+ Rabaty i „leki za grosik” zachęcały pacjentów do wymuszania na lekarzach recept na lek konkretnego producenta, nawet na zapas, a część tych zapasów lądowała potem na śmietniku. Tylko na Mazowszu sprzedawało się więcej pasków do mierzenia poziomu cukru we krwi niż w całych Niemczech. Nawet prezesi firm farmaceutycznych, z którymi rozmawiałyśmy, przyznają, że nakręcając tak wysoką sprzedaż tych pasków, producenci „przegięli”.
Nowa ustawa miała to wszystko zmienić. Wprowadziła zakaz promocji w stylu „lek za złotówkę” (dotyczy tylko refundowanych przez NFZ) oraz wprowadziła negocjacje cen z koncernami farmaceutycznymi.
Nikt tego wcześniej nie robił, więc koncerny i urzędnicy ministerstwa zostali wrzuceni na głęboką wodę. Do tego zaraz nastały wakacje (ustawę uchwalono w maju), potem wybory parlamentarne i zmiana ministra zdrowia – Ewę Kopacz zastąpił niedoświadczony w tej materii Bartosz Arłukowicz. Wcześniej jak w kalejdoskopie zmieniali się wiceministrowie odpowiedzialni za leki: Marka Twardowskiego zastąpił rekomendowany przez PSL Adam Fronczak, którego zmienił Andrzej Włodarczyk (wczoraj odwołany przez premiera).
Do negocjacji z koncernami powołano 17-osobową komisję ekonomiczną. To urzędnicy resortu i NFZ: prawnicy, farmaceuci, lekarze.
+ Jej pierwsze posiedzenie odbyło się 19 października, a więc pięć miesięcy po uchwaleniu ustawy.
W efekcie komisja rozpoczęła negocjacje dopiero na początku listopada – skandalicznie późno.
Czy można było zacząć je wcześniej? Tak, pod warunkiem że sama ustawa zostałaby uchwalona kilka miesięcy wcześniej (nieprzeszkodziłyby jej wakacje i wybory) albo gdyby weszła w życie później (powakacjach i wyborach). Tu wina rządu jest bezsprzeczna.
Ministerstwo zażądało od koncernów poświadczonych notarialnie danych o cenach ich leków w innych krajach. Niby ceny leków w Polsce są najniższe w Europie (średnio3,6 euro przy unijnej średniej 8,2 euro za opakowanie), ale pojawiły się nieliczne „niespodzianki”, gdy z niewiadomych powodów firma sprzedawała swój lek w Polsce znacznie drożej niż w bogatszych krajach Europy.
Założenia komisji ekonomicznej były proste: zbijać ceny jak się tylko da i chronić osoby przewlekle chore, bo tacy pacjenci kupują leki stale, starać się wprowadzać na listę leki, które dotąd nie były objęte refundacją, np. nowe leki na schizofrenię lekooporną czy chorobę dwubiegunową. Według członków komisji, z którymi rozmawiałyśmy, firmy stosują takie triki: rejestrują nową „cząsteczkę”, choć różni się ona nieistotnie od innej, obecnej już na rynku, np. gdzieś w łańcuchu zamiast H (wodoru)jest OH, nie ma to znaczenia dla działania leku.
Formalnie to nowy lek, ale działa tak samo. Firma przekonuje, że to prawdziwa rewolucja wleczeniu, stąd cena musi być odpowiednia. Koncerny skarżą się, że zagrano z nimi w rosyjską ruletkę. Nie podobają się im tzw. grupy limitowe, do których wrzucono leki różnych firm, ale oparte na tej samej substancji. Co gorsza– i na to już urzędnicy nie mają wytłumaczenia – do tej samej grupy limitowej wrzucono także leki oparte na innej substancji. Po co? By obniżyć limit dopłaty NFZ-u i w ten sposób zaoszczędzić. Niestety, na pacjentach.
– Negocjując cenę, nie wiedziałem, do jakiej grupy zostanę wrzucony, obniżyłem cenę o 50 proc., po czym wylądowałem w takiej grupie, w której był lek znacznie tańszy niż mój –mówi przedstawiciel jeden z firm. – i okazało się, że pacjent, który brał mój lek, ma do wyboru: albo przestawi się na inny lek z innym składem, albo dopłaci do mojego leku aż o 70 złotych więcej niż przed negocjacjami.
Według naszego rozmówcy to przykład „sukcesu negocjacyjnego”, ale tylko dla płatnika (NFZ),który dopłaci do refundacji tego leku mniej. Natomiast pacjent może mieć poważne problemy z przestawieniem się na nową, tańszą kurację, bo tak naprawdę specyfiki w danej grupie nie mają identycznego składu.
To będzie prawdziwy problem w przypadku szpitali, którym nie wolno kupować leków w cenie wyższej od ustalonego limitu. A to zdaniem krytyków ustawy oznacza, że lekarze nie będą mieli pełnego wpływu na wybór terapii, np. nie będą mogli zastosować terapii droższej.
Druga strona twardo odpowiada na te zarzuty: leki tańsze działają tak samo, choć mają inny skład.
+ Członkowie komisji śmieją się, że firma np. wprowadza lek w saszetce i przekonuje, że to inna, nowatorska forma podania. Tymczasem o nowatorstwie można mówić wtedy, gdy pacjent zamiast kłucia i podawania leku dożylnie może go np. połknąć w postaci tabletki.
Dopiero wt
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 13 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.