O szlachetnej sztuce badania lekarskiego
w tym też fizykalnego. Jestem wielką fanką pamiętników lekarskich, zwłaszcza tych wczesnych, z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Pomijając temat, że lekarze nie mieli za bardzo czym leczyć swoich pacjentów (ach, te wcierki rtęciowe), pomijając momenty grozy (np wymóżdżenie płodu w warunkach chłopskiej chaty), zawsze z podziwem czytałam, jak ONI (ówcześni lekarze) badali swoich pacjentów. A stetoskop był ich podstawowym narzędziem pracy, zazwyczaj jedynym. Mikroskop do badania moczu - a gdzież tam, to była rzadka inwestycja. Na prześwietlenie i EKG trzeba było jechać wołami do miasta, a na to mało kogo było stać. Więc pozostawały oczy, uszy, węch, dotyk. To niesamowite czytać, co potrafili rozpoznać lekarze osłuchując pacjenta, z jaką pewnośćią wysłuchiwali np. szmery nad aortą, świadczące o jej kiłowym zapaleniu, dyskretne zmiany w płucach, na bazie których rozwijała się potem gruźlicza orkiestra. Ile im mówiły wysypki na ciele chorego. Teraz już nikt tak nie bada. Ostatnią osobą, której sposób badania wzbudził mój podobny podziw był zmarły niedawno prof. Szczeklik. Podczas stażu do MR miałam o
Ten post ma 47 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.