Prywatne ubezpieczenia...
0
Komu polisa wyjdzie na zdrowie
Jak złamię nogę, to zapłacicie za leczenie? - pytamy. - Tak. - A jak wypadnie mi dysk? - Też. - A z umowy wynika, że nie.
Jan Myszkowski, prezes firmy ubezpieczeniowej Signal Iduna, jednego z największych graczy w tej branży, wydaje się zaskoczony. Musi sprawdzić. Słyszymy, że jeżeli tak jest, trzeba będzie to zmienić.
Jego firma na stronie internetowej chwali się, że zapewnia opiekę medyczną na najwyższym poziomie, bez czekania, kolejek i stresów.
Prezes sam ma polisę zdrowotną - dla siebie, żony i syna Davida. Oczywiście w Signal Idunie. Najlepszy pakiet dla trzyosobowej rodziny kosztuje tu miesięcznie ok. 640 zł, czyli prawie 8 tys. zł za rok. Są jednak i dużo tańsze, np. za 30 zł miesięcznie. - Prywatne leczenie może zrujnować domowy budżet. Polisa to idealne rozwiązanie dla osób, które nie chcą płacić same - przekonuje Myszkowski.
Obyś zdrowy był
Prywatne ubezpieczenie w teorii zapewnia dostęp do lekarzy (także specjalistów), badań diagnostycznych, zabiegów ambulatoryjnych i leczenia szpitalnego w publicznych placówkach bez kolejek i na koszt ubezpieczyciela. Klient, który kupił polisę
- w przeciwieństwie do tego, który wybrał abonament medyczny - może korzystać z usług medycznych w dowolnej klinice wybranej spośród tych, z którymi ubezpieczyciel podpisał umowę.
Przejrzeliśmy zapisy umowy, aby sprawdzić, na co faktycznie może liczyć. Złamie nogę? Za wizytę u lekarza, zdjęcie rentgenowskie i gips będzie musiał zapłacić z własnej kieszeni. Albo pójść do państwowej lecznicy. Polisa nie obejmuje nagłych wypadków. Zacznie go boleć ząb albo wypadnie mu dysk? To samo. Zawał, udar czy wylew? Trzeba zadzwonić po karetkę
i liczyć na państwo. Ubezpieczyciel zagwarantuje mu tylko jedno-lub dwuosobowy pokój
o podwyższonym standardzie. Towarzystwo nie zapłaci też za leczenie nowotworów, AIDS, chorób psychicznych czy stwardnienia rozsianego.
Aby się upewnić, czy dobrze rozumiemy umowę, dzwonimy jeszcze na infolinię. Konsultant Sebastian Krakowski: - Pokrywamy koszty wcześniej zaplanowanych operacji. W nagłych wypadkach chory musi się zgłosić do izby przyjęć w publicznym szpitalu - potwierdza.
Sam prezes oddzwania po 15 minutach. - Nie możemy wziąć na siebie odpowiedzialności prawnej, która wiąże się z tak dużym ryzykiem, np. śmierci - tłumaczy. Nie posiadamy karetek pogotowia, nie mamy wpływu na to, jak będą wykonywane zabiegi, nie możemy więc tego gwa
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.