Jeżeli to prawda...to jest straszne

153
Tak się upadla rodziców Kolejni politycy obiecują zmienić sytuację w szpitalach, gdzie leżą najmłodsi i wszyscy jak mantrę powtarzają, że przy rodzicach dzieciaki szybciej zdrowieją. Tymczasem jedyne, na co liczyć może matka czy ojciec, to spanie na podłodze, często za ciężkie pieniądze. A pielęgniarki robią łaskę, że w ogóle pozwalają rodzinie zostać przy dziecku. Szanowny Panie Ministrze! Miałem ostatnio nieszczęście być w szpitalu z dzieckiem. W szpitalu jest biednie - ale to rozumiem. Rodzice śpią na podłodze - może to absurdalnie zabrzmi w cywilizowanym kraju - ale też jakoś to rozumiem. Korytarze i sale są zdewastowane - i to rozumiem. Marne i dziadowskie jedzenie dla dzieci - to również potrafię zaakceptować. Nawet to, że nie ma wody dla rodziców. Ale wie Pan, czego nie potrafiłem zrozumieć? To niech Pan przeczyta. Po pierwsze Dlaczego lekarz pediatra w izbie przyjęć robi wielką łaskę, że się w ogóle do rodziców odezwie? Dlaczego traktuje matkę i ojca jak namolnych petentów, którzy mu po prostu przeszkadzają? Czemu daje to wyraźnie odczuć? Dlaczego mamrocze coś pod nosem i odnosi się do spanikowanych rodziców jak natrętów? Po drugie Dlaczego kobieta w rejestracji w nocy śpi? Dlaczego z przelewającym się dzieckiem na ręku muszę ją budzić, bo pielęgniarka z izby przyjęć już na mnie nakrzyczała, że nikt nie obejrzy dziecka dopóki się nie zarejestruję. I już. Choćby dziecko umierało, srało i rzygało na potęgę, to najpierw muszę budzić rejestratorkę. Ja muszę budzić. Bo ona ma prawo spać w pracy, a ja mam obowiązek ją obudzić. Po trzecie Nie rozumiem tego, że nikt na oddziale zakaźnym nie wynosił z sali zabrudzonych kałem i wymiotami pieluch i tacek. Zostawały na noc. Śmierdziało. Śmierdziało jak w kiblu (nie mam lepszego porównania). Zarazki się roznosiły i nikt się tym nie przejmował. Inaczej mówiąc: w pokojach, gdzie leżały dzieci, leżały też ich wymiociny i kupy. Po czwarte Niech Pan spróbuje mi wytłumaczyć, czemu pielęgniarka prosi rodziców, żeby uważali na dziecko, by wymiotując i robiąc pod siebie nie zabrudziło pościeli, bo przez święta nie będzie wymiany (trafiliśmy na oddział w Wielką Sobotę). Po piąte Nie potrafię do tej pory zrozumieć, czemu pielęgniarka specjalnie zwlekała z pomocą dla zabrudzonego kałem dziecka. Wołana o pomoc do przewinięcia, stanęła w drzwiach i powiedziała, ze przyjdzie za chwilę, bo musi coś załatwić. Tonem osoby robiącej łaskę. Po tej chwili dziecko po kolejnym ataku biegunki miało już kał we włosach. A sama matka stała bezradnie i płakała z bezsilności. A to, co miała załatwić pielęgniarka, to było odłożenie jakiejś paczuszki w zabiegowym i pogadanie dłuższą chwilę z koleżanką. O dupie
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 153 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.