Dzień Dziecka pod MZ - lekarze i pacjenci razem

18
Dzień Dziecka pod MZ - lekarze i pacjenci razem Maciej Müller 01.06.2012 1 czerwca przed gmachem przy ulicy Miodowej lekarze i pacjenci wspólnie protestowali przeciw utrudnianiu i uniemożliwianiu leczenia przez urzędników i bezduszne prawo. Około trzydziestu osób stoi pod schodami ruchomymi na Placu Zamkowym. Co kilkanaście sekund słychać "pssssk" - napełniają helem z butli białe i czarne balony, a następnie wiążą je w naręcza. Niektórzy mają przypięte do kurtek plakietki Stowarzyszenia Lekarzy Praktyków, jeden z mężczyzn trzyma flagę z emblematem OZZL. To lekarze - kilka dni wcześniej umawiali się na forum konsylium24 w tym właśnie miejscu na zbiórkę, aby dołączyć do obecnych już przed Ministerstwem Zdrowia pacjentów. Akcja 1 czerwca jest bowiem inicjatywą pacjentów, która zrodziła się z desperacji Piotra Piotrowskiego: ojca 10-letniego Michała chorego na młodzieńcze idiopatyczne zapalenie stawów. Piotrowski, jak pisze na założonej przez siebie stronie internetowej Porozumienia 1 Czerwca, w styczniu 2012 r. uświadomił sobie, że "pozbawienie dostępu do niezbędnych leków najmniejszych i bezbronnych pacjentów (...) daje jednoznaczny wniosek, że tym bardziej osoby dorosłe, przewlekle chore są dla urzędników Ministerstwa Zdrowia i NFZ jedynie numerem PESEL na urzędniczym biurku". Wokół Piotrowskiego zebrali się rodzice chorych dzieci również zmagający się z brakiem dostępu do potrzebnych leków i urzędniczą bezdusznością. Jego działania popiera obecnie ponad trzydzieści organizacji pacjenckich. Do protestu przyłączyli się też lekarze zrzeszeni w OZZL, SLP i Polskiej Federacji Pracodawców Ochrony Zdrowia. O 11.30 do grupki podchodzą dwie młode policjantki: "Będą już państwo ruszać?" - pytają. Na 12.00 organizatorzy zapowiadali bowiem rozpoczęcie protestu. Lekarze ruszają. "Takiej to dałbym się aresztować" - mówi cicho jeden z mężczyzn do kolegi. Za grupą osób niosących naręcza balonów ruszają dwa wozy policyjne. Więcej nie trzeba: lekarze i pacjenci to nie górnicy. Pod gmachem przy Miodowej grupa z Placu Zamkowego dołącza do obecnych już tam manifestantów. Widać transparenty: "Wszyscy jesteśmy pacjentami", "Rak - publiczny priorytet" oraz "Politycy, pozwólcie nam leczyć". Na środku placyku przed bramą stoi niewielka scena, z której mają przemawiać przedstawiciele protestujących organizacji. Z głośników odtwarzane są audycje o sytuacji ochrony zdrowia po 1 stycznia. Od ruchu ulicznego oddziela manifestantów niewielki oddział policji. Wcześniej, na forach, lekarze zastanawiali się, czy czasowo nie zablokować ruchu na Miodowej, ale protestujących jest na to za mało. Tuż przed południem policjanci mówili o 50 osobach, w momencie szczytowym pół godziny później jest niecała setka. Na frekwencję wpłynął zapewne fakt, że aby protestować, trzeba było wziąć wolne z pracy. Niektórych zniechęciła pewnie kapryśna pogoda. Choć trzeba przyznać, że ołowiane chmury dobrze harmonizowały z białymi i czarnymi balonami, oddając nastrój tego smutnego Dnia Dziecka. Balony czarne, jak powie później Piotrowski, symbolizują nrak nadziei. Balony białe symbolizują dzieci. Zza grubej kraty oddzielającej dziedziniec Pałacu Paca od ulicy starszy ochroniarz, paląc papierosa, patrzy obojętnie na rosnącą powoli grupę manifestantów. Niektórzy są w białych lekarskich fartuchach, a na szyi zawiesili stetoskopy. Minęło południe. Rozlega się przejmujący dźwięk syreny alarmowej i na scenę wychodzi Piotr Piotrowski. - Michał został w domu z mamą ze względu na pogodę, chociaż bardzo chciał tu ze mną być - mówi. - Takich dzieci jak Michał są w Polsce miliony. Nie wiem, co będzie z moim synem za miesiąc, a tym bardziej za rok czy dwa. Stoimy pod Ministerstwem Zdrowia, bo w tym budynku pracują ludzie, którzy zapomnieli o tym, że powinni być dla nas! - woła, nagradzany oklaskami. - Są dzisiaj z nami lekarze, którzy też walczą o to, by nasze dzieci mogły godnie żyć - dodaje. Po Piotrowskim przemawiają przedstawiciele kolejnych stowarzyszeń. Mówią o tym, że chcieliby, aby pacjent był postrzegany pod kątem tego, że jest człowiekiem, a nie numerem PESEL. Żeby pacjent się nie bał, że leczenie, z którego korzysta, stało się z dnia na dzień niedostępne ze względu na przepisy. Że ceny insulin i pasków do badania poziomu cukru cięgle wzrastają, że zamyka się przychodnie i dzieci mają coraz trudniejszy się dostęp do specjalistów (w Kaliszu i w Koninie zlikwidowano dwie poradnie diabetologiczne dla dzieci). Opisują, jak tragiczna sytuacja, w której lekarz mówi rodzicom, że określona terapia pomogłaby dziecku, ale urzędnicy zdecydowali, że w tym roku nie będzie ona refundowana. Boją się, co będzie po 1 lipca, kiedy wejdą programy lekowe zamiast terapeutycznych. Wszyscy podkreślają, że o leczeniu powinny decydować względy medyczne, a nie urzędnicze: "lekarz leczy, urzędnik organizuje, a NFZ refunduje", jak mówi przedstawicielka SLP. Obecni są także przedstawiciele PiS i Solidarnej Polski: deklarują pomoc. Z Platformy Obywatelskiej nie ma nikogo. Krzysztof Bukiel, przewodniczący OZZL,
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 18 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.