Życie po byciu lekarzem - odcinek 2
Po udzieleniu pierwszej pomocy na lotnisku i odwiezieniu kuzynki na dworzec kolejowy, Matylda dotarła do domu tak wyczerpana, że krótka drzemka była tym co zaordynowała sobie w pierwszej kolejności. Sypianie w ciągu dnia było jej nowym obyczajem, nigdy wcześniej nie praktykowanym. Jednak dzisiejsza drzemka nie była relaksująca. Śniło się jej, że coś pisze na blankiecie recepty. Wprawdzie tekst był niewielkich rozmiarów, ale nie wyglądał na receptę. Było to kilkanaście linijek wprawdzie skreślonych jej charakterem pisma, ale mającego inną kompozycję. Zmieniła okulary i jeszcze raz spojrzała na kartkę.
Biorę na przechowanie ludzkie lęki
Smugą cienia podążające za mną,
Nie dające się oswoić ani pomniejszyć.
Zwalczam polimorficzny gen służebności,
Nienaturalnie wybujały i patologiczny,
Wyhodowany na zbyt częste okazje.
Zdrowy egoizm skrywam chorobliwie,
Chowam go przed światem ze wstydem,
Niczym łokcie z przetartym ubraniem.
Odczepiam cień na krótką chwilę,
Jedynie w samo południe.
Niczym samotny rewolwerowiec,
Idę pustą drogą wypatrując
Kto skrywa się za zamkniętymi oknami.
Nie możesz chybić!- wołają zza zasłon.
Banalne rady z wyprzedaży idei.
Która potrwa nie dalej niż do jutra.
Przeczytała tekst kilka razy. "Dlaczego piszę tak politycznie niepoprawne wyznania i w dodatku na blankiecie recepty?" zaniepokoiła się nie na żarty. Zanim znalazła odpowiedź na pytanie obudziło ją tykanie zegara. Dźwięki były zbyt głośne. Zdawały się dochodzić ze wszystkich kierunków, choć w pokoju był tylko jeden reklamowy zegary. Długo nie lubiła głośno tykających staromodnych zegarów z dużym wahadłem z powodu bezsennej nocy wigilijnej, którą spędziła w dzieciństwie u cioci Mani. Właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu nie mogła usnąć. Wcale nie dlatego, że dostała w prezencie zabawkę - gumową, skaczącą zieloną żabkę, którą bawiła się przez cały wieczór. Zielonych i w dodatku żywych żabek było w okolicy pod dostatkiem. Po wielokroć zasypiała i budziła się z powodu zegara, a nie wesołej zabawy z skaczącą żabką. Nie wiedziała, czy można zatrzymać zegar i czy w ogóle wypada kogoś prosić o taką przysługę. Było to chyba najpoważniejsze wydarzenie z dzieciństwa związane z upływem czasu, na który zwyczajem wszystkich dzieci nie zwracała większej uwagi.
Pociągała ją bardziej przestrzeń niż czas. Przestrzeń była czymś realnym, a nawet namacalnym, wymagała bowiem pokonywania. Czasu nie trzeba było pokonywać. Pędził do przodu, nie pytając nikogo o zdanie. Nawet gdy komuś stanął zegarek, nie zatrzymywało to przecież biegu zdarzeń. Punktualność nie była w jej dzieciństwie znana, ale też nie praktykowano spóźniania się. Rytm wyznaczała przyroda i nie miała ona zwyczaju wypominać komukolwiek, że się opóźnia. Gdy sąsiad zagapił się i przed zimą nie uszczelnił watą okien, któregoś poranka budził się po prostu w wyziębionym mieszkaniu. Przyroda nie karci
Ten post ma 34 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.