"Czego szaman może nauczyć lekarza"
Przedruk wywiadu
http://www.forumbezsennosci.pl/aktualnosc/id,131048/ Nasza medycyna zapomniała, jak wiele zawdzięcza Indianom, i że lekarzowi do szamana jest bliżej niż nam się zdaje - mówi prof. Zdzisław Jan Ryn, psychiatra, podróżnik, członek światowego Klubu Odkrywców, były ambasador RP w Chile, Boliwii i Argentynie. PAP: W swoich książkach – „Medycynie indiańskiej” i wydanej właśnie „Wyspie Wielkanocnej” (Medycyna Praktyczna, 2013)- opisuje Pan szczegółowo obrzędy lecznicze Indian i mieszkańców Rapa Nui. Ale czy zdarzyło się Panu kiedyś korzystanie z usług szamana czy uzdrawiacza? Prof. Zdzisław J. Ryn: - Dosłownie rzecz biorąc - nie. Nigdy nie miałem „ciągoty”, żeby wypróbować na samym sobie, ale brałem udział w wielu ceremoniach leczniczych jako obserwator uczestniczący. Na początku moich podróży do Ameryki Łacińskiej największe wrażenie wywarły na mnie praktyki na półwyspie Jukatan w Meksyku w miejscowości Huautla de Jimenez, gdzie tamtejsze uzdrawiaczki – curanderos – stosują grzyby halucynogenne. W ich języku zresztą nazywa się je „grzybami ułatwiającymi kontakt z bóstwami”, co pokazuje, jak odmiennie od nas postrzegają oni to zjawisko. Na początku byłem bardzo sceptyczny wobec szamanów i uzdrowicieli – tak jak medycyna i psychiatria współczesna, które patrzą na medycynę tradycyjną z dystansem. Dzisiaj sądzę, że jest to wynik naszej ignorancji. - Cóż więc się stało, że zmienił Pan swoje podejście do tego rodzaju praktyk? - Po raz pierwszy zetknąłem się z medycyną Indian Ameryki Łacińskiej czterdzieści lat temu. Jako lekarz polskiej wyprawy w Andy Patagonii – a to była największa przygoda mojego życia, która trwała 14 miesięcy – przyjechałem zafascynowany medycyną górską. Wtedy jako lekarz ekspedycji wysokogórskich prowadziłem obserwacje i badania do swojego doktoratu, a potem habilitacji. Byłem w Kaukazie, Hindukuszu i przede wszystkim Andach, gdzie spędziłem kilka lat. Gdy docieraliśmy w Andach do prawie nieodwiedzanych przez białych ludzi miejsc, o których Indianie mówią „tam, gdzie diabeł zgubił swoje poncho”, z wielkim zdumieniem patrzyłem, jak żyją tam miliony ludzi, którzy nigdy nie widzieli na oczy wykształconego lekarza. To są regiony, gdzie naturalnym światem medycyny jest uzdrawiacz, który dziedziczy od tysięcy lat doświadczenia przodków, gromadząc wiedzę, która mnie zaszokowała bystrością ich obserwacji i koncepcją jedności organizmu człowieka z przyrodą. Indianie nie mają pojęcia o anatomii człowieka, jego fizjologii i fizjopatologii, ale wiedzą, co to jest człowiek cierpiący i jak można mu pomóc. Mają bowiem doświadczenie wynikające z wielopokoleniowej obserwacji. - W swojej „Medycynie indiańskiej” pisze Pan, że w Ameryce Łacińskiej lekarze "w kitlach" i uzdrawiacze traktują się wzajemnie z szacunkiem, a nawet pracują razem w szpitalach… - To prawda, że coraz więcej jest lekarzy zainteresowanych światem medycyny naturalnej; w efekcie w wielu krajach Ameryki Łacińskiej ministerstwa zdrowia dopuściły współpracę miejscowych uzdrawiaczy z lekarzami. Odwiedziłem południowoamerykańskie szpitale – np. w argentyńskim Manzano Historico czy boliwijskim Sucre – łączy się metody tradycyjne z medycyną konwencjonalną. Muszę wspomnieć, że uczestniczyłem właśni
Ten post ma 7 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.