Łyna- 16.-19.09. AD 2011. Nasze letnie włóczęgi

1
Łyna- 16.-19.09. AD 2011. Nasze letnie włóczęgi. (szlakiem ks. Wojtyły) Zygmunt Trojanowski Oto niezapomniana przygoda z Łyną. Okazała się rzeką, którą warto było płynąć i warto było podjąć wszelkie wysiłki i ryzyko, które potrzebne jest jak świeże powietrze do oddychania. Dla mnie był to jeden z najpiękniejszych szlaków kajakowych a odcinki przełomów, bystrzyc, przeniosek, stopni wodnych, zwalonych pni, zrujnowanych mostów itp. najtrudniejsze ze wszystkich rzek północnej Polski. To co za czasów Błogosłowianego Wojtyły było trudne, teraz stało się wyzwaniem i stacjami kajakowej Golgoty za sprawą niskiego poziomu wody, szalejących huraganów, licznych zatorów roślinności wodnej łapiącej biomasę jak w sieć rybacką, praktycznie nie do przebycia. Stopień trudności wysoki a jednak warto było. Wszystko na chwałę Pana i ku radości przeżycia tak ciekawych opresji, z którymi przyszło nam się zmierzyć po raz pierwszy. Gdybyśmy wiedzieli, że warunki spływu tak dalece się zmieniły, być może skończyłoby się na rejteradzie a ten opis i setki zdjęć nie mogłyby zaistnieć. Wszystko zaczęło się od przypadku. Jakiś opis w „Niedzieli” z dnia 17.07.2011.str. 37- czytamy: oto w sierpniu 1958 roku ks.Wojtyła „Wujek” w większej grupie płynie rzeką Mrózką, następnie Łyną przez Olsztyn do Lidzbarka Warmińskiego. Po trzech dniach zostaje wezwany do Warszawy, aby odebrać od prymasa nominację na sufragana archidiecezji krakowskiej. Zdążył wrócić jeszcze przed końcem kajakowej przygody. Po latach wrażeniami z tego spływu podzielił się w jednej ze swych książek. Jakby na antypodach, na pojezierzu zachodnim, pływał Wojtyła Drawą, to równie urokliwy ale mniej niebezpieczny szlak. Tam dojrzewał jego personalizm filozoficzny… ale to temat na zupełnie inne opowiadanie. Wodujemy w Rusi, taka zapadła wiocha ale niskie dostępne brzegi a następnie bagienne rozlewiska, czyniące Łynę nieprzystępną dla nikogo poza ptactwem. W pewnej chwili na zakręcie lejkowatego zwężenia zawalonego umierającą wierzbą zator długości około 30 m. Na pierwszy rzut oka nie do przebycia. Mamy pecha, już na początku musimy się poddać. Próby sforsowania na siłę kończą się na drugim metrze. Stoimy, odpoczywamy, bieg wsteczny, udaje się wycofać. Kolejne natarcia przez szuwary i na ich granicy zdały się na nic. Sytuacja patowa. Poprzez ścianę szuwar udaje się nam przybić do brzegu bagna. Może uda się zrobić przenioskę? Niestety nie! Po 150 m wąską ścieżką przez zrujnowane gospodarstwo, widzę lustro wody. Okazuje się, że za nim następna przeszkoda, okazałe drzewa z rosochatymi konarami leżą w poprzek i śmieją się ze mnie głosem lelka. Nie można wodować. To mi wystarcza. Coś we mnie narasta, nie będzie bezduszna, ślepa przyroda pokazywać nam gest Kozakiewicza! Nacieramy ponownie na zwałowisko biomasy. Trwa to 150 minut. Leżę na kajaku z piętami wklinowanymi pod poszycie. Ula z tyłu wiosłem
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 1 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.