Zdrowie czasów Platformy-resume od początku do teraz. aby przypomnieć

9
Giełda nazwisk Kampania wyborcza w 2011 r. nie sprzyja podejmowaniu tematów związanych z ochroną zdrowia – przynajmniej po stronie Platformy Obywatelskiej. Program oczywiście partia Donalda Tuska ma. To niemal kopia zapowiedzi z 2007 r. – dobre, sprawdzone, mało używane. Gorzej z kandydatem na ministra zdrowia. O Ewie Kopacz już przed wyborami mówi się, że „pójdzie wyżej”. Donald Tusk widzi ją na stanowisku marszałka Sejmu. I podobnie jak przez cztery lata nie przeszkadzały mu mniejsze i większe wpadki Kopacz na stanowisku ministra zdrowia, tak po wyborach 2011 szefowi rządu nie przeszkadza, że na jedno z najważniejszych stanowisk w państwie wprowadza polityka praktycznie bez żadnego politycznego doświadczenia i politycznego zaplecza. Najbliżsi doradcy Tuska wiedzą, że sytuację w ochronie zdrowia najlepiej opisuje określenie „to skomplikowane”. Skomplikowane jest też dziedzictwo po Ewie Kopacz. Następca nie będzie mógł krytycznie odnieść się do żadnego z posunięć byłej minister zdrowia – byłoby to swoiste wotum nieufności wobec premiera, który „awansował” Kopacz za wybitne zasługi. Następca będzie skazany na kontynuowanie polityki resortu zdrowia. Złośliwi twierdzą, że wobec tego się nie napracuje, bo przecież Ewa Kopacz nie przeprowadziła żadnych poważnych zmian. Ale, jak to z prześmiewcami bywa, nadinterpretują rzeczywistość. Co prawda, żadnych poważnych reform rzeczywiście w latach 2007-2011 w ochronie zdrowia nie przeprowadzono, ale to nie znaczy, że nic nie zrobiono. Dzięki decyzjom rządu, a czasem dzięki brakowi tych decyzji, w ochronie zdrowia jest kilka obszarów, w których wręcz kotłuje się pod powierzchnią. Wkrótce przekona się o tym nowy minister zdrowia. Na giełdzie nazwisk potencjalnych ministrów zdrowia pojawiają się znów Jerzy Miller i Michał Boni. Wymieniane są nazwiska dwóch czy trzech dyrektorów flagowych szpitali specjalistycznych. W kuluarach rządowych mówi się, że Kopacz osobiście sonduje potencjalnych kandydatów pod kątem ich ewentualnej lojalności. A tym potencjalnie lojalnym obiecuje, że w Ministerstwie Zdrowia szuflady pełne są projektów rozporządzeń i ustaw. Że nic, tylko wchodzić, wyjmować i wdrażać w życie. Nie wiadomo, czy obietnice te słyszy również Bartosz Arłukowicz. Nominacja dla byłego polityka lewicy, który na początku poprzedniej kadencji ostro wypowiadał się o polityce zdrowotnej rządu, a w komisji badającej tzw. aferę hazardową zbliżył się do polityków Platformy Obywatelskiej i dokonał niedługo przed wyborami spektakularnego transferu, jest dla ludzi związanych z ochroną zdrowia sporym zaskoczeniem. Komentatorzy twierdzą, że Donald Tusk odpuszcza całkowicie jakiekolwiek zmiany w obszarze ochrony zdrowia, powierzając go politykowi spoza własnej partii. Interpretację tę wzmacnia wiadomość, że Tusk na poważnie rozważa oddanie Ministerstwa Zdrowia koalicjantowi: PSL miało mocnego kandydata Władysława Kosiniaka-Kamysza, który ostatecznie został jednak ministrem pracy. Kropkę nad „i”, jeśli chodzi o znaczenie ochrony zdrowia w drugiej kadencji rządu PO-PSL stawia premier Donald Tusk podczas exposé. Zwięzłe wystąpienie skoncentrowane jest praktycznie wyłącznie na walce z kryzysem ekonomicznym. Na temat ochrony zdrowia nie ma w nim ani słowa. Pole minowe Arłukowicz zostaje zaprzysiężony w listopadzie 2011 r. I od razu wybucha mu w rękach bomba – ustawa zmieniająca przepisy dotyczące refundacji leków. Wbrew zapowiedziom Ewy Kopacz w szufladach brakuje projektów rozporządzeń, a sama ustawa okazuje się dziurawa jak sito – w następnych miesiącach i latach będzie wielokrotnie nowelizowana. Rynek leków ogarnia chaos, pacjentów czarna rozpacz, a lekarzy – furia. Bo przecież i samorząd lekarski i związki zawodowe ostrzegały ministerstwo i posłów o możliwych negatywnych konsekwencjach niedbale zaprojektowanych zmian w refundacji leków. W grudniu Naczelna Rada Lekarska apeluje do lekarzy i lekarzy dentystów o niepodpisywanie umów z NFZ na wypisywanie recept refundowanych. Samorząd lekarski zwraca się też do Rzecznika Praw Obywatelskich o interwencję w sprawie przerzucania na lekarzy obowiązku weryfikacji, czy pacjenci posiadają ubezpieczenie zdrowotne. Lekarze walczą o gwarancje, że nie będą przez NFZ karani za wypisanie recept nieubezpieczonym pacjentom lub pacjentom bez odpowiednich uprawnień. Wywoływana przez dziennikarzy do odpowiedzi Ewa Kopacz – już marszałek Sejmu – przerzuca odpowiedzialność na urzędującego (krótko) Arłukowicza. Ten lojalnie nie komentuje, zapowiada zmiany i pracę na rzecz uspokojenia sytuacji. Pierwsze miesiące urzędowania nowy szef resortu poświęca niemal w całości na uregulowanie kwestii związanych z refundacją leków, w tym przynajmniej częściowe wypełnienie żądań środowisk medycznych. Ale to o wiele za mało. Między lekarzami a NFZ gwałtownie narasta konflikt wokół wypisywania recept refundowanych. Naczelna Rada Lekarska chce nawet postawić prezesa Funduszu przed sądem lekarskim: miałby odpowiedzieć za szkodzenie systemowi i pacjentom. W połowie roku samorząd lekarski apeluje, by medycy wypisywali recepty wyłącznie pełnopłatne. Kością niezgody są umowy umożliwiające wypisywanie leków refundowanych. NFZ, zdaniem lekarzy wbrew ustawie, opracował umowy, które wprowadzają odpowiedzialność lekarzy za wypisywane recepty i możliwość nakładania na nich kar.
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 9 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.