Andziu, nie przeczytasz tego artykułu w gazecie, więc specjalnie dla Ciebie go kopiuję.... Tytuł : "Szpital nie z tej ziemi".

105

SZPITAL NIE Z TEJ ZIEMI ... Mirka, lat 29. Jej mąż Jarek, lat 34. I Kubuś, 20.tydzień ciąży. Dzięki Szpitalowi Świętej Rodziny NIE POTWOREK, LECZ PIĘKNY SYNEK. JUŻ W NIEBIE. Mała miejscowość pod Bydgoszczą, Pakość. Mirka i Jarek Nowakowie, młode małżeństwo, długo na próżno starają się o powiększenie rodziny. Leczenie endometriozy u Mirki w końcu daje rezultaty. Zielone światło dla dzidziusia. Datę 10 czerwca 2012 r. Mirka i Jarek będą pamiętać do końca życia. Dwie wielkie krechy na teście. Radość niewyobrażalna. - Tak wyczekane i wytęsknione dziecko w końcu było z nami! Czuliśmy się przeszczęśliwi. Na pierwsze USG pojechaliśmy tak szybko, jak się dało. Nawet jeszcze nic nie było widać. A my już wszystko chcieliśmy wiedzieć: że dziecko jest piękne i zdrowe - opowiada Mirka. Potem kolejne wizyty u ginekologa, jednego z najlepszych w Bydgoszczy. Lekarz podglądał malucha na USG i uśmiechał się. Pokazywał „Dzieciaczka” na monitorze, gratulował „Dzieciaczka”, rozmawiał o „Dzieciaczku”. DZIECIACZEK W PŁÓD SIĘ ZMIENIA Aż przyszedł 17 sierpnia, mijał 14. tydzień ciąży. Nowakowie szli na kolejną wizytę w pełnej euforii: to dzisiaj poznają płeć dziecka ! Pan doktor pochylił się nad monitorem. Mirka czekała w napięciu: chłopiec, dziewczynka? Ciuszki przecież trzeba kupować: różowe lub błękitne. Ale pan doktor milczał i milczał. A potem oświadczył: dobrych wiadomości nie ma. -I tak jak wcześniej cały czas mówił o naszym „Dzieciaczku”, tak nagle przestał. Nasze dziecko nagle stało się płodem z wielką wadą. Upośledzonym płodem. Jakimś tworem z wadą genetyczną, potworkiem z „obrzękiem ogólnym” - opowiada Mirka urywa-nymi zdaniami. - Tak to wszystko przedstawił, że nie wiedziałam nawet, czy moje dziecko żyje... Poprosiła, by lekarz jeszcze raz wszystko opisał mężowi. Więc znowu „tłumaczenie”. Płód ma wadę genetyczną. I jeśli w ogóle przeżyje, co jest mocno wątpliwe, to umrze natychmiast po porodzie. Sytuacja beznadziejna. Więc lepiej jak najszybciej, więc lepiej nie czekać... Przerażenie rodziców. Konsul-tacja u innej lekarki. Też polecanej. Pani doktor powtórzyła wyrok: płód chory. Trzeba kończyć ciążę. Ale jak kończyć? O co im wszystkim chodzi? Jakieś leki mam wziąć czy co? - Mirka przestaje mówić spokojne. - Kompletnie nie wiedziałam, co się wokół mnie dzieje. Byłam rozsypana i przerażona. Szybko, szybko, do poradni genetycznej. W poradni panie konsultantki pochyliły się nad „przypadkiem”. Wydały kolejne potwierdzenie wyroku. I zleciły: terminacja. - Dla mnie to słowo nic nie znaczyło. Co to jest ta „terminacja”? Nie miałam pojęcia. Teraz myślę, że w całym lekarskim zgiełku ktoś może i napomknął, że to „zakończenie ciąży”. Ale tak nierealnie to brzmiało. Nie docierało do mnie - Mirka patrzy w podłogę. A pokryte tuszem rzęsy zaczynają wilgotnieć. ALTERNATYWA Od sierpniowej wizyty, podczas której „Dzieciątko” zmieniło się w potworka, Mirka przestała dotykać brzucha. Wcześniej głaskała, mówiła, kołysała. Potem się bała. Może nawet trochę brzydziła. Odczłowieczyli jej „Dzidziusia”. Płodu się nie przytula. Czy wiedziałam, jak się „terminuje”? Nikt mi oczywiście nic nie powiedział. Zaczęłam szukać w internecie... - pierwsza łza, ciemna od tuszu, spływa po policzku Mirki. Mirka czyta więc artykuły nie pozostawiające złudzeń: „ciąża terminowana” to zabity człowiek. Koniec. Dopuszczała taką możliwość? - Wtedy nie znałam innego rozwiązania! Byłam tak przybita i osaczona, że nie sądziłam, że mam inne wyjście. Zresztą gdy teraz rozmawiam z rodzicami, których dzieci były bardzo chore, widzę, że nasze doświadczenia pokrywają się. Rodzinom, które oczekują na chore dziecko, najczęściej towarzyszy beznadzieja i brak pomocy. Niewie-le otrzymuje alter

Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 105 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.