Żelazna Kurtyna, kontakt wzrokowy i kot, który ma prawo wjechać do Anglii.
Kilkukilometrowy odcinek drogi dojazdowej do terminala promowego w Calais zajął nam wczoraj trzy godziny. Korek 'bumper to bumper', totalny kolaps komputerowego systemu rezerwacji przepraw, promy pływają w poprzek rozkładu (choć, Bogu dzięki, ciągle w poprzek Kanału). Od dziewięci lat, regularnie puszczając się przez te rozbujałe flukta, czegoś takiego nie widziałem. Akulturując się powoli do życia na Wyspie, przyjąłem to ze 'sztywną górną wargą' i pewną dozą humoru, podobnie jak posiadacze aut z kierownica po prawej stronie stojący przede mną, za mną i obok. Jakiś Niemiec dwa auta za nami się denerwował. Korek sciągnął tłumnie Miejscowych. Miejscowi (czyli żyjący na pobliskich wydmach) są miejscowymi tylko w sensie mgnienia czasu i ułamka przestrzeni, na którą los ich rzucił - pochodzą chyba głównie z Afryki Północnej i z kilku obszarów w Azji Środkowej; wydają się grupować w kilku- kilkunasto-osobowe skupiska wedle podobieństw koloru skóry i rysów twarzy. Przysiadują na ogrodzeniu drogi (nominalnie) szybkiego ruchu, przeskakują między samochodami, czasem próbują plandeki lub klamki od ciężarowki, by wslizgnąć się do środka. Kilkaset osób na całej trasie, podobno - jak dobrze policzyć - grubo ponad tysiąc. Aut osobowych się raczej nie czepiają, motocyklom przeciskającym się poboczem ustępują. Wielu siedzi na tyle daleko od drogi, że na skuteczny szturm na ciężarówkę nie mają szans, a i najwyraźniej ochoty. Korek, to okazja do spotkań towarzyskich. Przysiadują, przyglądają się, z rzadka palą, jeszcze rzadziej rozmawiają przez komórkę, te dw
Ten post ma 9 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.