"Medycyna masakra" - czyli nic się nie zmieniło...

34

Zdanie o medycynie jako "królowej nauk humanistycznych" (z łac. humanus - ludzki) usłyszałam na pierwszym roku na jednym z nieobowiązkowych wykładów. Poczułam się wtedy dumna z tego, że jestem na tych studiach - wymarzonych, wytęsknionych, wyczekanych - do których przygotowanie zajęło całe moje życie szkolne i osobiste w trzeciej i czwartej klasie liceum.

Korepetycje z biologii, chemii i fizyki zdominowały mój plan dnia i uderzyły po kieszeni moich rodziców.

Typowe zajęcia na kierunku lekarskim: godz. 8. rano, zaczynamy od seminarium - mała salka wykładowa w podziemiach szpitala, ogrzewania brak, ktoś siedzi na podłodze, bo krzeseł brak... O 8.10 wbiega pan doktor w rozpiętym fartuchu z laptopem pod pachą, mamrocząc pod nosem: "Przepraszam państwa bardzo, ja po dyżurze jestem. Wszyscy są?". Seminarium (metoda nauczania z czynnym uczestnictwem uczniów) wygląda tak - otwarty laptop, z którego pan doktor czyta informacje ze slajdów przygotowanej prezentacji... Czyta to samo od lat. Studenci natomiast robią rzeczy przeróżne - ktoś czyta notatki z innego przedmiotu, bo akurat za trzy godziny ma zaliczenie, ktoś przegląda "Metro", ktoś uzupełnia informacje w kalendarzu i sprawdza, czego zapomniał, ktoś śpi, ktoś robi śmieszne zdjęcia. Czytanie prezentacji co jakiś czas przerywane jest komentarzami na temat służby zdrowia w Polsce, finansów, aluzji politycznych. Jeśli zdarzy się pytanie, następuje głęboka konsternacja na sali wśród studentów (będzie odpowiadał - przedłuży się) oraz u pana doktora, który często nie umie odpowiedzieć i zastanawia się, czy ze zmęczenia coś pominął lub pokręcił...

Potem idziemy do pacjentów, dzielimy się na mniejsze grupki. Pacj

Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 34 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.