"Medycyna masakra" - czyli nic się nie zmieniło...
Zdanie o medycynie jako "królowej nauk humanistycznych" (z łac. humanus - ludzki) usłyszałam na pierwszym roku na jednym z nieobowiązkowych wykładów. Poczułam się wtedy dumna z tego, że jestem na tych studiach - wymarzonych, wytęsknionych, wyczekanych - do których przygotowanie zajęło całe moje życie szkolne i osobiste w trzeciej i czwartej klasie liceum.
Korepetycje z biologii, chemii i fizyki zdominowały mój plan dnia i uderzyły po kieszeni moich rodziców.
Typowe zajęcia na kierunku lekarskim: godz. 8. rano, zaczynamy od seminarium - mała salka wykładowa w podziemiach szpitala, ogrzewania brak, ktoś siedzi na podłodze, bo krzeseł brak... O 8.10 wbiega pan doktor w rozpiętym fartuchu z laptopem pod pachą, mamrocząc pod nosem: "Przepraszam państwa bardzo, ja po dyżurze jestem. Wszyscy są?". Seminarium (metoda nauczania z czynnym uczestnictwem uczniów) wygląda tak - otwarty laptop, z którego pan doktor czyta informacje ze slajdów przygotowanej prezentacji... Czyta to samo od lat. Studenci natomiast robią rzeczy przeróżne - ktoś czyta notatki z innego przedmiotu, bo akurat za trzy godziny ma zaliczenie, ktoś przegląda "Metro", ktoś uzupełnia informacje w kalendarzu i sprawdza, czego zapomniał, ktoś śpi, ktoś robi śmieszne zdjęcia. Czytanie prezentacji co jakiś czas przerywane jest komentarzami na temat służby zdrowia w Polsce, finansów, aluzji politycznych. Jeśli zdarzy się pytanie, następuje głęboka konsternacja na sali wśród studentów (będzie odpowiadał - przedłuży się) oraz u pana doktora, który często nie umie odpowiedzieć i zastanawia się, czy ze zmęczenia coś pominął lub pokręcił...
Potem idziemy do pacjentów, dzielimy się na mniejsze grupki. Pacj
Ten post ma 34 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.