kukułcze jaja

11
Kukułcze jaja, czyli o niechcianych dzieciach chorych psychicznie 2015-01-15 ŹRÓDŁO:["DZIENNIK GAZETA PRAWNA"] Teoretycznie są pacjentami, którzy przebywają tu na leczeniu. W praktyce do szpitala psychiatrycznego trafiają takie przypadki, których nikt nie chciał: ani rodzice, ani domy dziecka...Na drzwiach wgniecione ślady po uderzeniach pięścią, szpitalne łóżka szczelnie przykryte kocem, pokoje z pustymi ścianami i kratami w oknach, niewielki spacerniak, obdrapane krzesła i mrugająca świetlówka – tak mieszka 60 dzieci. W dwu pięknych kamienicach z początku XX wieku, otoczonych drutem i zamykanych na wielki klucz jak z wiktoriańskich powieści, mieszczą się jedyne w Polsce sądowe oddziały dla dzieci chorych psychicznie.– Chowamy tu kolejnych Trynkiewiczów – pojawiają się zarzuty.– Nie jesteśmy sadystami. Zależy nam na tych dzieciakach – odpowiadają lekarze.W malutkiej miejscowości nad Odrą obok największego w Europie klasztoru cysterskiego mieści się szpital psychiatryczny. To dwa główne znaki rozpoznawcze Lubiąża. Szpital ma swoje tradycje, kiedyś działał w klasztorze. Przed drugą wojną światową to on i miejskie stajnie dawały zatrudnienie całej miejscowości. Dzisiaj stajni już nie ma.Na niewielkim parkingu przed bramą placówki stragany na plastikowych płachtach otwierają sprzedawcy legginsów, damskiej bielizny, mydła i powidła. Na jednej przy kałuży błota leżą dziecięcy laptop zabawka, stary odtwarzacz, kozaczki z lat 80. i filmy DVD z gazet.Za szpitalnym płotem otwiera się miasto ogród. Kompleks wybudowany został z myślą o chorych psychicznie. Ponad stuletnie pawilony z czerwoną dachówką i elementami pruskiego muru osadzono na planie koła. W 2005 r. powstał tu pierwszy oddział sądowy dla chorych psychicznie nieletnich. W 2007 r. drugi, odwykowy. Ich pawilony położone są w głębi kompleksu, otoczone wysoką siatką. Jeśli ktoś przeskoczyłby płot, musiałby biec dwa kilometry polem, by znaleźć się w najbliższej wsi – Glinianach. Szesnaście do Wołowa, najbliższej stacji kolejowej.Beata Sobocińska z Biura Rzecznika Praw Dziecka odwiedziła Wojewódzki Szpital dla Psychicznie i Nerwowo Chorych w Lubiążu na początku roku szkolnego. Pojechała tam po tym, jak do biura kilkakrotnie dzwonił Wojtek. Ma 12 lat. Skarżył się, że jest molestowany, głodny, nieszanowany. – To dziecko to sam ból – głos kontrolerki się łamie. Wojtek tak bardzo pragnął kochać i być kochany, że z tej miłości aż skopał wychowawczynię w domu dziecka. Wymyślił, że go adoptuje. A ta zaszła w ciążę. Marzenia prysły.Chłopca sąd umieścił na jednym z dwóch z lubiąskich oddziałów – dla dzieci, które złamią prawo, są bardzo agresywne albo mają problemy z uzależnieniami, a biegli stwierdzą u nich zaburzenia psychiczne. Kryteria są sztywne, ale kontrolerzy rzecznika praw dziecka mają wątpliwości co do zasadności pobytu w lubiąskim szpitalu większości pacjentów. Ordynator oddziału poinformował ich, że tylko dwoje ma zaburzenia psychotyczne. A pozostałe tylko zaburzenia zachowania spowodowane niewłaściwie prowadzoną wcześniej socjalizacją. Niewłaściwy jest na przykład Antek z zespołem Aspergera. Z domu przyjechał z czerwonym paskiem na świadectwie. I sporym ładunkiem agresji, który powinno się rozładować na terapii środowiskowej, a nie na oddziale otoczonym kratami. Tymczasem, kiedy Sobocińska pojechała do szpitala, tygodniowy plan zajęć terapeutycznych wyglądał tak: w poniedziałek – zakupy, spacery po terenie szpitala. We wtorek – wyjście na spacerniak. W środę – porządki na oddziale. W czwartek o zajęciach dla chłopców cisza. W piątek – znów porządki. W międzyczasie są zajęcia indywidualne i grupowe, wśród nich nauka higieny, składania podkoszulków. Odskocznią były zajęcia malowania.Sobocińska załamuje ręce: – Dzieciaki są tam zamknięte, a na oddziale niewiele się dzieje. One tam wariują. Nawet zdrowy i silny człowiek by się posypał. Na oddziale każdym pacjentem teoretycznie zajmuje się psycholog. „Terapia indywidualna nie odbyła się – pacjentka nie przyszła na sesję. Podobnie jak tydzień temu już na wizycie lekarskiej przepraszała mnie za to, że nie przyszła. Prosiła o to, żeby zmienić jej dzień terapii, na co się nie zgodziłam. Przypomniałam o tym, że jeśli nie przyjdzie w przyszłym tygodniu, to zostanie wyrzucona z terapii” – to notatka jednego z zatrudnionych w szpitalu psychologów.Motywacją do skorzystania z terapii mają być punkty. Nie wstaniesz na śniadanie – kilkadziesiąt punktów w plecy. Nie ma cię na terapii – kolejne kilkadziesiąt punktów. Dzieci przekonują, że ciągle są poniżej zera, nawet po kilkaset punktów, a wyjście na plus graniczy z cudem. Ci na minusie nie mogą wyjść na przepustkę, spotkać się z rodziną ani wyjechać na wycieczkę szkolną. Za karę dziecko może zostać wyeliminowane z wieczornego rytuału – „parzenia”. Tak w szpitalnym slangu nazywa się zalewanie wodą chińskich zupek. To dla pacjentów ratunek przed wieczornym głodem – między kolacją a ciszą nocną mijają cztery godziny. Pacjenci skarżą się, że jedzenia jest za mało. A to, które dostają, jest niesmaczne.Jeśli na pacjenta nie działają punkty, zawsze zostaje inne wyjście. Na spotkaniach szpitalnej społeczności zanotowano: „Jeśli któraś odmawia wyjścia na zajęcia szkolne, idzie na obserwację, siedzi na krześle, drzwi zamknięte. Łóżka wnoszone tylko do spania”. „Jeśli któraś trafi na obserwację w piątek, zostaje do poniedziałku”. „M. za nieprzestrzeganie reżimu sanitarnego za karę zostaje umieszczona na sali obserwacyjnej do wtorku”. „Z. ma obowiązek wykonywania dyżurów na stołówce. Jeśli odmówi wykonania, ma być umieszczona na obserwacji bez łóżka, ewentualnie krzesło”. I dalej – za brzydkie słowa, za odmowę założenia czapki w zimie – do izolatki. Punktami zarabia się na przywileje. Za 400 punktów zdobytych w tygodniu można wyjść do piekarni. Dziewczynki mogą ogolić nogi. Ufarbować włosy. Za 60 osiągniętych w ciągu dnia – grać w scrabble z sanitariuszem, wydepilować brwi (tylko w piątki) albo wyjść na spacerniak. A na szpitalnym spacerniaku można zrobić siedemdziesiąt dwa kroki. Najpierw dwadzieścia cztery. Potem dwanaście. Znów dwadzieścia cztery. I znów dwanaście. Do niedawna było to jedyne miejsce, w jakim młodzież mogła uprawiać aktywność fizyczną.Teoretycznie (zgodnie z prawem) dzieci powinny dostawać kieszonkowe. Domy dziecka i młodzieżowe ośrodki wychowawcze, z których pochodzi większość pacjentów, tak bardzo troszczą się o los podopiecznych, że po tym, jak sąd zdejmie im z głowy agresywnego wychowanka, z tej ulgi aż o nich zapominają. A dzieci nie mają jak walczyć o swoje. W szpitalu mają zakaz dzwonienia, jedyny bezpłatny telefon to linia do rzecznika praw dziecka i pacjenta. Z dokumentacji pacjenta oddziału III: „Proszę pana, żeby coś zrobić z tym, żeby dom dziecka przesłał, jakby pan mógł zadzwonić, żebym dostał paczkę, bo nie mam czym się myć”.Z higieną bywa więc różnie. Nie sprzyja stan łazienek. Toalety – jak odnotowali z kolei kontrolerzy rzecznika prawa pacjenta – na oddziałach są brudne, mają zacieki na ścianach, obłupane kafelki. W kaloryferach są dziury, brakuje ręczników jednorazowych. W niektórych łazienkach nie ma zasłonek prysznicowych. Jak się okazuje, sprawa zasłonek na dziecięcych oddziałach psychiatrycznych swego czasu była rozstrzygana na szczeblu konsultanta wojewódzkiego (prof. Andrzej Rajewski uznał, że ich brak narusza prawa dzieci do poszanowania intymności).A przy tym wszystkim brakuje pacjentom podstawowych sprzętów. To, co rzucało się w oczy kontrolerom, to brak szafek na rzeczy osobiste. Nie ma też biurek. Dzieci odrabiają lekcje wspólnie, w stołówce. Albo w sali terapeutycznej, gdzie straszą obdrapane stoły, chwiejące się żelazne krzesła z powyrywanymi siedzeniami, na ścianach łuszczy się farba, a na wysokim suficie mruga z charakterystycznym trzeszczącym dźwiękiem jedna z niewielu działających jarzeniówek. Piętnastu chłopców codziennie toczy tam walkę z głodem narkotykowym.– Dyrektor ma serce do szpitala – mówią we wsi. – Za poprzedniego upadał. Ten podniósł go, ma pomysły, zatrudnia ludzi – przekonuje z uśmiechem zgrabna blondynka, przewodniczka w opactwie. Ponoć dyrektor jest serdeczny, pełen energii. Trudno go jednak zastać. Nic dziwnego – równolegle jest ordynatorem oddziału VI i pracuje w powiatowej poradni zdrowia psychicznego, jest biegłym sądowym.Jacek Kacalak to wysoki, opalony mężczyzna. Konkretny, odpowiada na pytania, nie owija w bawełnę. Ma już przygotowane pisemne informacje o dwóch oddziałach dziecięcych, wcześniej opracowane przez lekarzy: plan zajęć, opis sytuacji. Zapytany, czy w szpitalu przebywa pacjent z zespołem Aspergera, dyrektor nie ma pojęcia, ale wie, jak to rozwiązać. Wzywa ordynatorów. Owszem, jest taki chory. Na pytanie o głodujące dzieci – przywołuje dietetyczkę szpitalną. Nie są głodne, a menu jest z nimi konsultowane. W trosce o jakość szpital zmienił nawet firmę. Na pytanie o finanse szpitala dyrektor chc
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 11 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.